Czuwaj

12/1998

 Poprzedni numer  Strona nadrzędna  Następny numer

"Niedźwiedzie mięso"

to nazwa zlotu jachtów dwumasztowych, zorganizowanego w tym roku po raz szósty przez KH ZHP Węgorzewo. Zlot nosi miano "tylko dla prawdziwych twardzieli", bo przecież każdy wie, że w październiku na jeziorach wieje, jest deszcz, fala, pot i łzy. Zafascynowani i oczarowani tymi "morskimi opowieściami" postanowiliśmy spróbować smaku niedźwiedziego mięsa. I tu najważniejsza w tej relacji uwaga. Nasza drużyna - 4 RDH "Stado" - od dwóch lat realizuje program działalności wodnej, mimo że na co dzień jesteśmy zwykłą, przeciętną "zieloną" drużyną o zupełnie z wodą nie związanej specjalności.

TYLKO czasem po zachodzie słońca,
Kiedy ciemność skryje cały świat,
Patrzysz w przepaść bez zawrotu głowy,
Niedźwiedziego mięsa czujesz smak.

(Babsztyl)

Twardy smak niedźwiedziego mięsa, czyli refleksje "zielonego" instruktora

PONIEWAŻ nas, "czwartaków", uzbierało się za mało, by obsadzić pełną załogę jachtu DZ, wspomogli nas harcerze z 24 RDH z Radomia, i tak - razem - wystartowaliśmy. Celem była prawdziwa, męska, żeglarska przygoda w dobrej, harcerskiej atmosferze.

ZARAZ za Święcajtami ujrzeliśmy w dali całkiem spory kuter patrolowy z oznakowaniami Policji i harcerską banderą na maszcie. Miły i wzruszający to był widok, tym bardziej że wiało słabo i zaproponowano nam holowanie do Węgorzewa. Natychmiast skorzystaliśmy z okazji i "na sznurku" popłynęliśmy do portu zlotowego.

TAM od razu wpadliśmy w "obróbkę" dh. hm. Jerzego Tyszki - komendanta zlotu. Za chwilę apel, wszyscy w sztormiakach - tak jak zeszli z łodzi - jedynie druhny z Węgorzewa w mundurach wodniackich, stawiają banderę ZHP. Na apelu meldują się załogi zlotu: 15 HDŻ z Giżycka na dwóch dezetach, 4 HDW z Karolkowa też na dwóch dezetach, 2 HDW "Szkwał" z Gołdapi na wielkim trenerze, 43 HDW "Krypa" z Węgorzewa na małym trenerze, 44 HDW z Węgorzewa na małym trenerze, tajemnicza - nie zrzeszona - załoga na pięknym jachcie "Noe" z Warszawy i nasza, reprezentująca Hufiec Radom na dezecie.

PO apelu parada wodna. Należy, zachowując żeglarskie tradycje, "przedefilować" łodziami przed komendą zlotu na Kanale Węgorzewskim. Każdy zakłada najporządniejsze ubranie, przed statkiem szefostwa padają ostre komendy, salutują wioślarze wiosłami, słychać świst gwizdków bosmańskich, gdzieniegdzie opada w salucie bandera. "Noe" płynie na silniku, a jego załoga siedzi okrakiem na bukszprycie i macha wesoło do poważnego sztabu.

ZARAZ po paradzie start do regat wioślarskich dookoła wyspy na Węgorapie. My - jeszcze w mundurach - startujemy jako pierwsi. Walka rozgrywa się na czas. Sędzią regat jest hm. Wojciech Sójkowski. Nie wiemy, jaki dystans nas czeka, więc wcale się nie oszczędzamy - licząc, że zaraz koniec. Pewni, że już za tym zakrętem jest meta, ani na chwilę nie przestajemy wiosłować. Wierzymy, że jeśli nie za tym, to na pewno będzie za następnym itd. Pewnie dlatego wygraliśmy ex aequo z 5 HDŻ z Giżycka.

DOPIERO po tej konkurencji pozwolono nam się rozpakować i wyładować z łódek, co poszło szybko dzięki kwatermistrzowi hm. Bronisławowi Mudowi. Jeszcze wieczorny gulasz (ponoć z niedźwiedzia) i koncert piosenki żeglarskiej, na który już ze zmęczenia (cała noc w pociągu) nie jesteśmy w stanie się stawić.

RANO o 8.00 postawienie bandery i już o 8.30 szykujemy jacht do regat.

FAWORYTEM jest wielki trener z załogą z HDW z Gołdapi - duży, ale dzięki konstrukcji z siatkobetonu lekki, z największą na zlocie powierzchnią żagli. Nikt nie wie, jaki naprawdę jest wiatr na Mamrach, więc nie wiadomo, kto sobie będzie radził na wodzie lepiej - dezety czy małe trenery. Na jezioro wyholowały nas statki. Wieje dobra "czwórka" z południowego zachodu. Po sygnale startowym na czele faworyci: wielki trener z Gołdapi, dezeta z Giżycka, mały trener z Węgorzewa. My gdzieś na trzeciej, czwartej pozycji. Trasa biegnie przez przesmyk wokół wyspy Upłaty. Przesmyk wąski, wiatr "w mordę", trzeba było niemałych umiejętności żeglarskich, by wymanewrować poprawnie. Załoga z Węgorzewa przechodzi pierwsza, ale zaraz wchodzi na mieliznę i korzysta z pomocy statku asekurującego. Wielki trener okazuje się za wielki. Ciężko mu manewrować w ciasnych granicach szuwar. Co chwila jakiś jacht wchodzi na mieliznę, co kończy się dryfowaniem z wiatrem bez zdolności manewrowych. Drobne kolizje, stuknięcia zdarzają się co chwila. Wreszcie "na dobre" wychodzi dezeta z Giżycka, potem my, po nas po raz drugi udało się wyjść małemu trenerowi z Węgorzewa. Ta kolejność ustaliła stawkę już do końca wyścigu. Po powrocie do Węgorzewa posiłek i kolejne konkurencje: prezentacja klaru - czyli porządku na jachcie - i wyglądu załogi oraz wyścigi bączków "śrubkowaniem". W tej ostatniej nie idzie nam najlepiej, a raczej idzie nam całkiem źle. Wygrywa Tomasz Kundyk z Karolewa.

WIECZOREM jeszcze koncert szant w centrum Węgorzewa i już możemy udawać się na spoczynek.

W niedzielę tylko jeden punkt programu - zakończenie zlotu i wręczenie nagród. W klasyfikacji generalnej wygrywamy! Drugie miejsce wywalczyła 4 HDW z Karolewa, trzecie - HDŻ z Giżycka. Zlot odwiedził prezes PZŻ Zygmunt Tołwiński, nagrody wręczał burmistrz Węgorzewa.

TYLE mojej żeglarskiej relacji ze zlotu. Oprócz wspomnień pozostały jeszcze spostrzeżenia, przemyślenia i refleksje instruktora ZHP.

ORGANIZATORZY zlotu zapewnili nam wszystko, czego potrzebowaliśmy - program, rywalizację, posiłki, noclegi, zabezpieczenie imprezy na wodzie, komunikaty meteo, a nawet wiatr i falę. Zabrakło nam tylko jednego - harcerstwa. W zasadzie poza banderą na maszcie zlotu i kilkoma mundurami nic nie podkreślało harcerskiego charakteru zlotu. Niektórzy uczestnicy sprawiali nieraz wrażenie zażenowanych faktem, że znajdują się na harcerskim zlocie. Niektóre załogi były nieumundurowane, nie obyte z harcerskimi tradycjami i obyczajami - widać było, że to "cywile". O przykładach zachowania niezgodnego z Prawem Harcerskim rozpisywać nie będę.

O problemie identyfikacji harcerskiej w drużynach specjalnościowych mówi się od lat. Temat ten jednak najmocniej dotyka najstarszej, a zarazem najbardziej odrębnej i największej przecież harcerskiej specjalności - żeglarstwa. Koniecznie trzeba dodać, że istnieje naprawdę dużo dobrych i bardzo dobrych środowisk wodniackich, które harcerskimi zarazem też są.

GDZIE są przyczyny takiego rozłamu, co powoduje, że są w ZHP harcerze realizujący się w żeglarstwie i żeglarze "będący" w ZHP?

MOIM zdaniem przyczyn jest kilka. Po pierwsze zrozumienie zasad, tradycji, obyczajów - nierzadko przecież dziwnych i tajemniczych - pełnych obcych nazw, słów i nieokreślonej magii żeglarstwa jest dla przeciętnego człowieka z "zewnątrz" rzeczą trudną. Dlatego drużynowi drużyn wodnych znajdują się w pewnej pustej przestrzeni, do której się nie zagląda. Bo w przeciętnym hufcu - jeśli powstaje drużyna harcerska o specjalności wodnej - to zna się na tym tylko jej drużynowy i może jeszcze jakiś instruktor. Hufcowy czy namiestnik nie stara się specjalnie wgłębić w pracę takiej drużyny, bo boi się, że palnie coś głupiego, a drużynowy i tak zawsze może powiedzieć, że zdobywają stopnie, sprawności czy pracują systemem małych grup "po żeglarsku", na czym się hufcowy nie zna. Powoływanie funkcji retmana dla dwóch czy trzech jednostek jest dyskusyjne. Poza tym lepiej z wodniakami nie wdawać się w dłuższe dysputy, bo okaże się, że mają tyle pracy przy sprzęcie, remontów, napraw itp., na które brakuje pieniędzy..., więc lepiej nie zaczynać.

NORMALNIE jest tak: drużynowy, który chce założyć drużynę harcerską, przechodzi okres próbny. Potem drużyna pracuje jeszcze jakiś czas, dopiero później ewentualnie wybiera specjalność. W dodatku specjalności to domena harcerzy starszych, zwanych coraz popularniej wędrownikami. Z wodniakami jest inaczej. Nowa drużyna powstaje od razu jako wodna - próbna. Zwykle przy naborze nowych harcerzy drużyna wywiesza plakat w tonie: przyjdź do nas i przeżyj prawdziwą harcerską przygodę. Drużyna wodna "werbuje": poznaj świat wiatru i żagli, naucz się żeglować. Do tych drużyn nie przychodzi się jak do harcerstwa, tylko jak do "żeglarstwa". To sprzyja podziałom.

A co jeszcze sprzyja separacji? Myślę, że nawet nazewnictwo drużyn. W moim hufcu każda drużyna nosi miano Radomskiej, tytułując się RDH - Radomska Drużyna Harcerska. Ten schemat dotyczy wszystkich drużyn (łączności i medycznych też) z wyjątkiem wodnych - te mają tytuł RDW - Radomska Drużyna Wodna. Wodna, więc nie harcerska. Pewnie dlatego często słyszymy od wodniaków: jestem żeglarzem, a nie harcerzem.

INNY problem to program ZHP. Czy jest on otwarty dla drużyn wodnych?

Z kilku PZHS-ów, na których byłem, tylko dwa - w Strącznie i w Perkozie - zawierały w swej bogatej ofercie programowej cokolwiek dla osób zainteresowanych żeglowaniem. Może dlatego, że PZHS jest organizowany przez Wydział Harcerstwa Starszego i Specjalności, a sprawy wodne podlegają Kierownictwu Drużyn Wodnych nie związanemu z Wydziałem Specjalności? Powoduje to, że są propozycje tylko dla "żeglarzy" i tylko dla "harcerzy". Zdarza się przecież często, że my - "gruntowi" - zapominamy o istnieniu drużyn wodnych. Zgłosił się kiedyś do mnie druh ze srebrną Odznaką Ratownika Medycznego ZHP z drużyny żeglarskiej z zapytaniem, gdzie ma przypiąć pasek z odznaką. "Normalnie" przypinamy do guzika prawej kieszeni munduru. A czy mogą żeglarze nosić naramiennik wędrowniczy?

STOIMY bokiem do specjalności wodnej, więc ona wcale nie zawsze ustawia się frontem do idei harcerskich. Wydaje mi się, że jest tak po trosze dlatego, że państwo czy nawet społeczeństwo ustawione jest "bokiem" do spraw wodnych. Wystarczy popatrzeć na podejście krajów Zachodu do własnego rybołówstwa, transportu rzecznego, jachtingu i porównać to z sytuacją w naszym kraju. Argument, że tragedia "Titanica" tak mocno wstrząsnęła zachodnim światem, ponieważ jest on nierozerwalnie związany z oceanem, wydaje mi się bardzo trafny.

DLACZEGO o tym piszę? Ponieważ jesteśmy - jako Związek - ulokowani w pewnej rzeczywistości, która nas kształtuje, ale którą możemy kreować.

NA razie jesteśmy w ogonie Europy pod względem liczby osób umiejących pływać i mamy bardzo niską społeczną świadomość spraw wodnych i morskich, tak jakbyśmy nie doceniali zalet dostępu Polski do morza. Tę sytuację można i należy zmienić - a można to robić także przez wychowanie wodne w ZHP.

BO przecież wychowanie wodne to niesamowita baza pomysłów, niesłychane możliwości odkrywania siebie i swoich harcerzy. Cechy charakteru, które można kształtować uprawiając sporty wodne, są tożsame z celami ZHP. Odwaga, odpowiedzialność, roztropność, rycerskość, niesienie pomocy innym, dzielność, umiejętności techniczne. Docenia to również skauting światowy, gdzie w wielu krajach Sea Scouts to jedyna specjalność.

TO wszystko kołatało mi się w głowie na "Niedźwiedzim mięsie". Piszę o tym, bo jeszcze jednej rzeczy zabrakło mi na zlocie - poważnej, instruktorskiej dyskusji, odprawy dla kadry nie tylko o sytuacji meteo na akwenie, ale o nas - o harcerzach. Tak samo, jak zabrakło mi zwykłego, harcerskiego kominka, który mógł zintegrować załogi. Poza tym zlot był profesjonalnie i dobrze przygotowany, za co Komendzie Hufca Węgorzewo i Komendzie Zlotu serdecznie dziękuję.

phm. Rafał Klepacz st.j., mł.in.ż.

Radom



 Generuje GazEla