Czuwaj

12/1998

 Poprzedni numer  Strona nadrzędna  Następny numer
wielkopolska chorągiew zhp

Optymistyczna opowieść

czyli o obozowaniu nad morzem słów kilka

HARCERSKIM zespołom wizytacyjnym najtrudniej wybrać się na obozy odbywające się nad morzem. Dlaczego? Bo na tych obozach najtrudniej doszukać się pracy zgodnej z harcerską metodą wychowawczą.

JEST prawie zasadą, że w realiach słońca, plaży i morza obóz staje się kolonią lub miejscem bezmyślnego spędzania wolnego czasu. Można i tak, ale wtedy nie wolno tego nazywać harcerstwem. Bo istotą harcerstwa jest nieustanne doskonalenie indywidualnych cech i charakteru młodego człowieka. A metodą do osiągnięcia tego celu są zuchowe gwiazdki, harcerskie sprawności i stopnie. I każde działanie instruktorów winno być temu podporządkowane.

POSTANOWILIŚMY więc zobaczyć, co dzieje się na nadmorskich obozach naszej Chorągwi Wielkopolskiej. I jak się rzekło i przyrzekło - ruszamy, planując odwiedzenie kilku obozów zlokalizowanych na wybrzeżu szczecińskim, od Pobierowa do Pogorzelicy.

Z pozostawionych w komendzie chorągwi arkuszy lokalizacyjnych wynika, że powinniśmy się tam spotkać z harcerkami i harcerzami ze Środy Wielkopolskiej, Śremu, Konina, Kórnika i Pobiedzisk. Załączone programy obozów są obiecujące. Wszystko tak jak być powinno, wszędzie uwzględnione zostały nasze uwagi i sugestie dotyczące specyfiki obozowania nad morzem. Lecz dla nas to tylko namiastka optymizmu, bo jak mówi porzekadło - ,,papier wszystko przyjmie''.

Początek jest pechowy

OBÓZ Środy w Pogorzelicy jest, lecz sami organizatorzy zastrzegają, że nie jest on harcerski. Przebywają na nim "cywile" - w ten sposób hufiec wypełnia zadania zlecone na rzecz swojej gminy i miasta. I choć są namioty, apele, służby ... to program bardzo konsumpcyjny.

NIECO dalej, w gęstwinie obok miejscowego kościoła, zaszył się obóz Hufca Śrem. Okazało się jednak, że właśnie rano się zakończył. Została tylko grupa kwatermistrzowska składająca sprzęt i likwidująca urządzenia obozowe. Jednak to nam wystarczyło, żeby zauważyć, że forma obozowania śremskich harcerzy zmieniła się. Pamiętamy łąkę w Mielenku, gdzie stało wielkie szeregowe skupisko namiotów, tutaj zauważylismy kilkanaście odrębnych polan, na których rozbiły się poszczególne podobozy.

Ruszamy dalej, do Pobierowa

JAKO pierwsze wita nas zgrupowanie konińskie. Wypróbowany i doświadczony, wsparty młodszą kadrą, zespół instruktorski w każdych warunkach potrafi pracować zgodnie z harcerskimi zasadami. Na obozie są również zuchy, z którymi mieliśmy niezwykle pożyteczną rozmowę. Jeden z nich, zagadnięty o zuchowe gwiazdki, zrobił nieco zdziwioną minę i oświadczył: - Jakie "gwiazdki", czy druh harcmistrz nie wie, co one oznaczają - przecież jestem zuchem "sprawnym", a za rok będę ,,gospodarnym''.

I dalej z wielką swadą opowiedział, co potrafi i jakimi cechami charakteryzuje się zuch ,,sprawny''. A kiedy na drugi dzień z ciekawością oglądaliśmy zabawę zuchów w pocztę i listonoszy oraz obozową grę harcerek i harcerzy, która była podobnie ciekawa i wychowawczo wartościowa, to już całkowicie potwierdziła się nasza pozytywna opinia o tym środowisku.

TRUDNO rozstawać się z przyjemną harcerską atmosferą Konina, lecz "służba nie drużba", wyjeżdżamy. Przebijamy się przez szaleńczo jarmarkowe i do granic zatłoczone centrum Pobierowa i po kilkakrotnym "zasięgnięciu języka", gdzieś na peryferiach wczasowiska trafiamy w boczną uliczkę, wiodącą do coraz mniej ucywilizowanego sosnowego lasu. Kiedy już myślimy, że to nie tutaj, ukazuje się nam prosta, lecz przemyślnie ładna, leśna brama z napisem

"Obóz Hufca ZHP Kórnik"

WYDAJE się, że spokój, nikogo nie ma. Widać tylko kucharki krzątające się koło kuchni.

O nie! Ktoś biegnie do jednego z namiotów - to wartownik zawiadamia chyba kogoś z obozowej kadry o naszym przyjeździe. Z chwilą wyjścia z samochodu zostajemy rozpoznani. Instruktor dyżurny, zwany tutaj dumnie "inspekcyjnym", w regulaminowym umundurowaniu, z dwoma wyprężonymi wartownikami po bokach, składa meldunek. I już wiemy, że obóz przebywa na przedpołudniowym plażowaniu, a komendantka wyjechała do pobliskich Gryfic. Lecz to nie potrwa długo - zbliża się pora obiadowa, a tej raczej nikt nie przepuszcza.

NA razie korzystamy z zaproszenia do obejrzenia kuchni i jej zaplecza oraz możemy ocenić przedobozowe dokonania hufcowego zespołu kwatermistrzowskiego. Stoi nowa zadaszona stołówka, kuchnia jakby poszerzona, nowe przenośne latryny i rewelacyjna kabina natryskowa z zimną i ciepłą wodą. Później okaże się, że są również nowe półki namiotowe. A kiedy pomyślimy, że to wszystko wykonane zostało przez harcerskich instruktorów z materiałów darowanych przez

SPONSORÓW kórnickiego harcerstwa - to dopiero wówczas można sobie uświadomić, jak duży jest krąg naszych sojuszników i przyjaciół.

TERAZ idziemy z naszym "inspekcyjnym" obejrzeć harcerskie letnie mieszkania. Na dużym placu trzy namiotowe półokręgi wyznaczają miejsca obozowania drużyn. Pod nieobecność gospodarzy zaglądamy do namiotów. I tu pełne zaskoczenie. Od dawien dawna nie widzieliśmy takiego porządku. Wszystko ma swoje miejsce, a już największe wrażenie robią równiutko w kosteczkę złożone mundury.

PO drodze spoglądamy jeszcze na znajdujące się na środku placu miejsce programowe. Czytamy: Dzisiejsze popołudnie poświęcamy pamięci Szarych Szeregów, a jutro realizujemy zadania programu "Paszport dla Europy". Instruktorskie doświadczenie mówi nam, że ponownie jesteśmy na dobrym tropie.

OBOZOWISKO napełnia się powracającymi znad morza zuchami i harcerkami. Idą dosyć luźno, lecz karnie, z poczuciem obozowej dyscypliny. Radują nas niezliczone, kierowane do nas pozdrowienia: Czuj! Czuwaj!

Z Gryfic powraca komendantka: - Dlaczego nie daliście wiadomości, że dzisiaj nas odwiedzicie? - Właśnie dlatego, byście na nas nie czekali, a także, żeby nie było w tym czasie w obozie komendantki. - To tylko takie małe przekomarzania. Bo już następuje zaproszenie na obiad. Najczęściej staramy się unikać takich sytuacji, lecz dzisiaj coś nam trudno odmówić.

I jest obiad, taki zwykły domowy, "maminy". Apetyt wszystkim dopisuje. Jednak zanim zasiądziemy do stołów, zanim odśpiewamy tradycyjnie "smacznego...", jeszcze coś nas zaskakuje. Kontrola czystości rąk prowadzona z niezwykłą starannością przez obozowego druha "doktora". A chwilę później ten sam doktor sam aplikuje i składa do obozowej wydzielonej lodówki próbki jedzenia. I jeszcze później wykonuje inne obowiązki instruktorskie.

- Dziwicie się, przecież "Egon" jest w pierwszej kolejności harcerzem wyrosłym wśród nas na instruktora i to, co robi, łącznie z doktorowaniem - to tylko zwyczajna jego służba - wyjaśnia nam później przy poobiedniej "kawce" komendantka.

FAKTYCZNIE ta "kawka" to chyba jedyna chwila, kiedy udaje się nam poznać całą kadrę obozu. Dostrzegamy wśród niej tych, których kilka lat temu szkoliliśmy na Nowotarskiej Akademii Instruktorskich Umiejętności. Jest więc niezwykle roztropna zastępczyni komendantki Basia, jest hufcowy sternik programu "Kolumbowie 2001" - Nena i jest naturalnie Sławek, który mimo że nie otrzymał urlopu, w każdy piątek melduje się w Pobierowie: - Bo może się coś przydarzyć i będę potrzebny. - I wszyscy chcą mówić o swoich sukcesach i problemach. Czujemy się potrzebni. A kiedy rozmawiamy z tymi jeszcze niedawno ,,młodymi'', to jednym okiem widzimy łzy w oczach komendantki. Bo tak naprawdę, to wszystko, w czym teraz uczestniczymy i co przeżywamy - to konsekwencja jej pracy, jej dorobek i sukces.

PÓŹNIEJ, urzeczeni pięknem wieczornego ogniska i wypowiadanymi tam fragmentami z gawęd żołnierza Szarych Szeregów, odeszłego już na Wieczną Wartę przewodniczącego ZHP harcmistrza Stefana Mirowskiego, ośmielamy się cichutko powiedzieć: - Za takie harcerstwo, za taką służbę tobie Krystyno i twoim młodym, a jakże dojrzałym i roztropnym wychowawcom - dziękujemy.

hm. hm. Krystyna i Bronek Nowakowie

PS. W październikowym numerze "Czuwaj" przeczytaliśmy krótki artykuł druha z Chorągwi Dolnośląskiej. Również dla nas opisane w nim sytuacje są bulwersujące. Choć zgadzamy się z oceną druha Michała, to jesteśmy jednak większymi optymistami. Każda organizacja, stowarzyszenie czy inna jednostka wychowawcza, a nawet rodzina, ma swoje wzniosłe cele, ale i ponosi porażki (było tak również w harcerstwie przedwojennym). Ale chodzi o to, aby swoim działaniem przyczynić się do tego, by liczba tych porażek stawała się coraz mniejsza. I to jest jedno z najważniejszych zadań instruktorskich.

A nawiązując do druhny z Poznania z czerwoną podkładką pod krzyżem, to jej postawa wzbudziła naszą szczególną dezaprobatę. Jednak dokładnie przeglądając wykazy kadry instruktorskiej poznańskich obozów odbywających się w opisanym czasie w Wisełce, nie znaleźliśmy w nich żadnej instruktorki w stopniu harcmistrzyni. A sprawa naszym zdaniem podlega wniesieniu na wokandę Sądu Harcerskiego. Może to tylko nasza nieuwaga albo zbyt pochopne przypisanie jej do środowiska.

(K. i B. N.)



 Generuje GazEla