Czuwaj

12/1998

 Poprzedni numer  Strona nadrzędna  Następny numer
Chciałoby się zacząć opowieść jak w starej sadze normandzkiej: "Wyruszyliśmy pełni wiary i nadziei w dokonanie czynów niemożliwych i odkrycia nowych lądów..." . I tak po części było. Pierwszą na pozór niemożliwą rzeczą okazało się załadowanie do autobusu prowiantu na całą wyprawę i wszystkich naszych bagaży. Ale udało się. Ostatnie pożegnania i kurs na Jastarnię! Rejs 97 ŁWDH i Szczepu 917 do Danii i Szwecji rozpoczął się.

Na "Generale Zaruskim"

PIERWSZE wrażenie - wszystko ładne, drewniane, wykonane tradycyjnymi metodami; bez kabestanów i wind fałowych. Jak się później dowiedzieliśmy, taki właśnie był zamiar gen. Mariusza Zaruskiego - zbudować jednostkę bez sztucznych udogodnień. Dzięki temu klimat starych żaglowców zaczął powoli otaczać każdego z nas. Rozlokowaliśmy się w jednym kubryku na 20 osób i dwóch kajutach na dziobie. Jedzenie do chłodni i magazynka, paszporty i książeczki żeglarskie - do kapitana, odprawa graniczna i celna za nami, ruszamy na morze!

Kiedy zacznie bujać?

PIERWSZA godzina minęła spokojnie, tylko rozmowy zaczęły powoli obracać się wokół jednego tematu - "kiedy zacznie bujać?". Odpowiedź nadeszła po niedługim czasie, pierwsze fale "z serca Bałtyku" przywitały się z kadłubem naszego żaglowca zaraz po minięciu Helu.

- Dzień dobry, zapraszamy całą załogę na obiadek, na dół, do mesy (kubryku) - oznajmiła wachta kambuzowa. Stawili się prawie wszyscy! Inaczej już było na kolacji...

MIJAŁY kolejne godziny, każdy powoli przyzwyczajał się do specyficznego, jachtowego trybu życia. Czas dzieliliśmy pomiędzy wachty na pokładzie, sen i posiłki oraz przypadającą raz na cztery dni wachtę w kambuzie. Była to ta część żeglugi, która pozostawiła chyba najtrwalsze wspomnienia. Mogliśmy przekonać się, że latające talerze istnieją naprawdę, żadna zaś rzecz nie może być przymocowana na tyle stabilnie, aby jakiś bardziej "pomysłowy" przechył jej nie obluzował.

DRUGIEGO dnia podróży jeden długi (i bardzo głośny) dzwonek wzywa wszystkich na pokład. Wiemy, co to znaczy - "załoga do żagli". Grot powoli wędruje w górę, a my mamy okazję przekonać się, że dla każdej pary rąk znajdzie się przy tej czynności zajęcie. Pierwszym sygnałem, że zaczyna się "zabawa", był dla wszystkich widok osób schodzących z wachty na pokładzie. Zeszli do kubryku i zaczęli wylewać wodę z kaloszy oraz wyżymać rękawice i czapki.

- Duża fala?

- Nie, skądże znowu. Dlaczego tak myślisz?

WIATR tężeje, fala rośnie, zaraz "stary" zaklnie głośniej...(to znów z piosenki). Jednak kapitan nie klnie, tylko podejmuje decyzję - chowamy się za Bornholm. Najlepszym do "przeczekania" portem jest Ronne, tam też stajemy.

Na rowerach po Bornholmie i Kopenhadze

KORZYSTAJĄC z okazji, wynajmujemy 23 rowery i ruszamy na podbój wyspy. Z trasami nie ma żadnych problemów - właśnie rowery są tu głównym sposobem pokonywania odległości. Wspaniała jazda wzdłuż wybrzeża zapewnia nam niespotykane nigdzie indziej widoki - stromy, czasami urwisty klif i małe, piękne miasteczka na brzegu, czasem mikroskopijne porciki na 2-6 jachtów. W końcu docieramy do celu - zamku, położonego nad samym brzegiem morza, co miało uczynić go nie do zdobycia. Tak pewnie było w średniowieczu, obecnie zdobywają go tłumy turystów, mających za oręż kamery wideo i aparaty fotograficzne.

KRÓTKIE rozmowy z budki telefonicznej:

- Cześć tato, żyję, mam się dobrze i jeździmy na rowerach.

- Na rowerach??? Przecież mieliście pływać po morzu.

- To dłuższa historia, tato, jak wrócę - wszystko opowiem.

- No to do zobaczenia.

NASTĘPNEGO dnia wypływamy dalej. Wieczorem stajemy w Trelleborgu. Miasteczko składa się z terminali promowych (tworzących istny labirynt) oraz palm. Te egzotyczne rośliny mogą się tu rozwijać dzięki sztucznie podgrzewanej ziemi, w której rosną. Wcześnie rano wpływamy do Kopenhagi.

NIESAMOWITYM przeżyciem była żegluga koło lotniska w stolicy Danii. Najpierw słychać narastający huk silników, a potem nagle z mgły wyłania się samolot i przelatuje tuż nad naszymi masztami. W porcie minęliśmy się z "Fryderykiem Chopinem" - pięknym żaglowcem, na szczęście dalej pływającym pod polską banderą po różnego rodzaju zatargach i "nieporozumieniach" finansowych. Na pokładzie klar - idziemy zwiedzać. Przez dwa dni udało nam się zobaczyć wiele atrakcji - od muzeum morskiego przez zmianę warty pod siedzibą władców Danii, aż po jedno z największych wesołych miasteczek - Bakken.

WSZYSTKIM bardzo podobały się rowery, które wypożycza się w Kopenhadze tak jak koszyki w supermarkecie - 20 koron zastawu i w drogę! Ułatwiły one komunikację, ale jazda jednośladami po mieście wymagała szybkiego refleksu i dużych umiejętności.

Spotkanie ze skautami

NASTĘPNEGO dnia po południu odbyło się "wielkie sprzątanie". Powód - zapraszamy na pokład grupę duńskich skautów. Początkowe bariery językowe zostały przełamane bardzo szybko. Naszych gości interesowało na przykład to, czy Łódź ma połączenie z morzem, pytali również o sytuację harcerstwa 20-30 lat temu. Chętni skorzystali z możliwości wejścia na grotmaszt "Generała Zaruskiego" i obejrzenia swojego miasta z innej niż zwykle perspektywy.

Zwrot o 180o

W każdej podróży następuje taki moment, że trzeba obrócić dziób jachtu o 180° i zacząć powrót. Za rufą zostaje Kopenhaga i wszystkie wspomnienia z nią związane, dotarliśmy już do najbardziej na zachód wysuniętego punktu naszej trasy. Do zobaczenia... za rok??

PO drodze zawijamy jeszcze do Ystad w Szwecji. Jako że z reguły nasz jacht był za duży, aby stać w porcie jachtowym, korzystaliśmy zwykle z nabrzeży przemysłowych. Dlatego nagle o 1.00 w nocy...

WARTA nocna: - Kto tam?

KTOŚ: - You have to go away from here. (Był to zresztą bardzo miły pan, ale sytuacja trochę niecodzienna).

WARTA: - Go away?

KTOŚ: - Yes. Now.

NA to pan pokazał coś dokładnie za ich plecami, tak że gdy obejrzeli się, zobaczyli - cytuję: "Dużą, wielką, ogromną!!! ścianę z czerwonej stali wpływającą do portu!". Wrażenie było niesamowite. Okazało się, że wpłynął tu pchacz z barkami o potężnych gabarytach, chcąc stanąć tu, gdzie my (bo tylko tak się mieścił w porcie). Mieliśmy więc 30 minut ożywczej gimnastyki przy cumach w środku nocy. To właśnie to, co lubią tygrysy.

* * *

WSPANIALE wyglądało Rozewie w środku nocy - przekonaliśmy się, że to faktycznie najmilszy dla polskiego jachtu przylądek. W pamięci pozostała żegluga wzdłuż Półwyspu Helskiego w oczekiwaniu na to jedyne światełko: 5 sekund świecenia, 5 przerwy - port w Helu. Rankiem wchodziliśmy do Jastarni.

Co zostało?

MOKRE kalosze, wspomnienie ciasnego i dusznego kambuza, odruch warunkowy na skutek długiego dzwonka (wybiegnięcie do żagli), rolki negatywów, około 20 kg jedzenia, książeczki żeglarskie z wpisem na stronie "Rejsy pełnomorskie", wspomnienie zielonych, białych i czerwonych światełek w nocy przed dziobem, śmiech na widok fasolki po bretońsku i ogórków kiszonych, żal za czymś nieokreślonym chowany na razie głęboko pod warstwą innych myśli, nie napoczęte kremy do opalania, pamięć po czapce utopionej w Bałtyku, koszulki z napisem "Generał Zaruski"...

phm. Piotr Burwicz
Łódź



 Generuje GazEla