Czuwaj

8-9/1999

 Poprzedni numer  Strona nadrzędna  Następny numer

To był spływ ...

- Do autobusu wsiadło nas 26 osób - z różnych podobozów i różnych narodowości. Droga nie trwała długo, bo do Zagórza jest tylko 5 km. Tu, zanim organizatorzy przygotowali zejście do rzeki, wszyscy poznali się i obejrzeli dokładnie - mówi Honza "Božka" Kadlecek, drużynowy czeskich junaków z Kryr.

- Po przebyciu 300 m w górę rzeki dotarliśmy do lasu. Niełatwo było iść wąską bagnistą ścieżką, czasem wyglądało to tak: 3 metry do przodu, 2 metry do tyłu. Ale nic się nam nie stało i szczęśliwie doszliśmy do pasieki z ulem i studnią ze źródlaną wodą. Podczas drogi wcale się nie nudziliśmy. My nauczyliśmy wszystkich śpiewać "Hankę modrooką", a Węgrzy pokazali nam nową grę. To wszystko zanim wsiedliśmy do pontonów - kontynuuje Božka.

- Pontony były cztery i jedna mała łódka. Wsiadaliśmy po sześć - siedem osób. Męska część załogi wiosłowała. Miałem to (nie)szczęście, że w naszej łódce było nas dwóch - Jezevec i ja - pozostałą część załogi stanowiły dziewczyny z Białorusi. Możesz sobie wyobrazić, jak to było..., ale jakoś się udało! Raz, na przykład, wpadliśmy na mieliznę - trzeba było wyjść i ciągnąć łódkę. Albo przejście przez jaz - wtedy też wszyscy musieli opuścić łódkę i przenieść ją na dół. Potem płynęliśmy już bez przeszkód. Żeby dziewczyny miały większą zabawę, wygłupialiśmy się, na przykład kołysząc łódką. Z obozu wyjechaliśmy rano, a przypłynęliśmy aż pod wieczór - kończy swą opowieść Božka.

MYŚLĘ, że wszyscy, którzy już uczestniczyli w spływie, są tak samo zadowoleni jak Božka. A tym, którzy jeszcze nie mieli okazji, radzę spróbować!

Mariola Nalewajka



 Generuje GazEla