Czuwaj

8-9/1999

 Poprzedni numer  Strona nadrzędna  Następny numer

Warto było...

czyli losy harcerza na pielgrzymce papierza

14.06.1999

TEN weekend był morderczy: od piątku kurs wychowawców kolonijnych, potem mały wyskok na wesele kuzyna, powrót ok. 2.00 w nocy, rozmowy do rana. W niedzielę nie było czasu na sen, a przecież i tak najtrudniejsze miało się zacząć dopiero w poniedziałek. Około godz. 14.00 grupa żorskich harcerzy zebrała się przed SP nr 2, żeby już za chwilę wyruszyć na swoją służbę podczas pielgrzymki Ojca Świętego. Szybki przydział racji żywnościowych (mix kiełbasy i kołaczyków) i po chwili zapełniamy autokar. Kierunek: GLIWICE!

NA Kilińskiego, gdzie znajdował się sztab Białej Służby, jedna z druhen kazała nam się rozlokować i... zmyć się do 18.00. Wyruszamy więc na poszukiwanie rynku (był dobrze zamaskowany). Po drodze spotykamy zdezorientowanego druha z ZHR-u, któremu udzieliliśmy (pierwszej) pomocy, przyprowadzając go do naszej bazy. Tu się dowiedział, gdzie są "jego" ludzie.

CORAZ więcej harcerzy. Spotykamy starych znajomych: gliwicką drużynę ratowniczo-medyczną, połowę hufca Mikołów, znajome twarze z chorągwianych MTO, naszych wykładowców z kursu ratowników medycznych... Wykorzystujemy każdą wolną chwilę: pląsamy, potem przerzucamy się na śpiewanie, niektórzy próbują tańczyć. Ciągle dochodzą nowi ludzie. Druh oboźny na apelu wieczornym melduje ponad 350 osób. O 22.00 gaśnie światło. Dobranoc.

15.06.1999

GODZINA 4.45. Jezu, obudzili nas przed piątą!!! Mycie w męskiej toalecie (do damskiej kolejka), szybkie śniadanko, zakładamy mundury i ustawiamy się przy bramie. Jeszcze tylko dodatkowy prowiant (nie zginiemy!) i udajemy się na gliwickie lotnisko.

O 6.40 jesteśmy już w magicznym G-4. Rozkładamy się w miejscu, gdzie za jakieś 11 godzin przejedzie papamobile. Dołączają do nas dwie pielęgniarki - one będą ludzi leczyć, a my ograniczymy się do ich noszenia. A więc dzisiaj robimy za "nosicieli".

PO 10.00 ktoś puścił plotkę, że papieża nie będzie. Oczywiście nikt nie wierzy i siedzimy sobie dalej z tymi naszymi kiełbaso-kołaczykami. Jest wesoło. Niestety, informacja zostaje potwierdzona przez księdza: PAPIEŻ MA GORĄCZKĘ I NIE BĘDZIE GO DZISIAJ W GLIWICACH. Mimo to ludzie wciąż nadchodzą. Miło zaskakuje nas duża grupa młodzieży ze Szczecina - zmęczeni, ale zadowoleni i rozśpiewani niosą wielki napis: "TATUSIU ŚW. KOCHAMY CIĘ!"

PRZED 18.00 pojawiają się helikoptery. Może przyleciał? - wszyscy z nadzieją wyczekują lądowania. Papież jednak przysłał jedynie swój orszak, sam był zbyt chory. W tym momencie wiele osób wykonało "w tył zwrot" i powędrowało do domów i samochodów. Wielu jednak zostało na nieszporach i wysłuchało słów Jana Pawła II. "Zadzwoń do nas!", "Wróć do zdrowia!" - krzyczeli wierni. A zadanie mieli utrudnione, bowiem ich głos musiał usłyszeć Kraków.

Dwa dni później - 17.06.1999

JESZCZE słodko spałam, kiedy siłą zmuszono mnie, żebym podeszła do telefonu. Dzwoniła Ziaba, a to groziło czymś szalonym:

- Cześć Zabłocka. Papież w Gliwicach! Jedziemy?

- No więc, yhm, fff..., a ta..., no... jedziemy!

I stało się. Biorę mój mokry mundur, przypinam identyfikator. Dzwonimy do ludzi: Ania - obudzona, Maciek - załatwiony, Aśka w szkole, ale można ją ściągnąć, Piczer też chce jechać. Zbiera się nas sześcioro, zbiórka - "na PKS-ie".

SZCZĘŚCIE nam sprzyja, autobus za 5 minut, połączenie w Rybniku - na styk. Słychać dialogi: - Muszę do mamy zadzwonić, bo ona nic nie wie (albo - Ja z lekcji uciekłam...). I wszyscy wiemy, że cały autobus jedzie do Gliwic!

MIMO ogromnych korków (jedziemy z zawrotna prędkością 3 km/godz.) ciągle posuwamy się do przodu. Mijają nas pielgrzymi. Uśmiechają się, machają chustami. Małe dziecko w wózku, starsza kobieta, całe rodziny. Jednym słowem: pospolite ruszenie!

PRZY wejściu na lotnisko zgłaszamy się po nosze. Dostajemy 4 pary. Dochodzimy pod sam ołtarz i od razu wiemy, że dzisiaj będziemy potrzebni. Na lewo zasłabnięcia, na prawo zawały, a na środku przypadki beznadziejne. Ciepło i duszno, mnóstwo ludzi, straszny tłok. Spotykamy harcerzy z Gliwic (nic dziwnego), są ludzie z Zabrza, jest nawet jeden druh z Tarnowskich Gór, który - mimo iż po cywilu - bierze nosze i kursuje tam, gdzie "padają" ludzie. O dziwo - we wtorek wszystkie pierwsze sektory obstawiał ZHR - dziś nie zauważam nikogo! NIECH ŻYJE ZDOLNOŚĆ IMPROWIZACJI!

CAŁY czas współpracujemy z lekarzami i pielęgniarkami. Niektórym ludziom puszczają nerwy, kłócą się z policją i lekarzami ("stoicie tu za nasze pieniądze, to nam nie rozkazujcie!"). To nic, że nikt im za to nie płaci. Czasami trudno ludziom wytłumaczyć, że lepiej dla nich byłoby, gdyby poszli do domu, jeśli słabo się czują. Niektórzy uważają, że specjalnie robimy im na złość, żeby tylko nie mogli zobaczyć papieża. - Harcerzyki! - krzyknął ze złością pewien pan - Jak ja byłem harcerzem, to tak nie było!

PRZED przylotem papieża ludzie ćwiczą kolejno machanie chustami, okrzyki i oklaski. Mój brat i ja dochodzimy do samych bramek. Jeden z księży, który siedzi w sutannie na ramionach drugiego, robi fotki "z lotu ptaka". Nadlatuje "PAPOPTER" (czyli helikopter papieża). Ludzie wspinają się na palcach, żeby zobaczyć Ojca Świętego. Ksiądz-fotograf ma coraz więcej zamówień. Entuzjastycznie witamy papieża na Śląsku. Zaczyna się modlitwa "Anioł Pański", potem dialog z wiernymi. Śpiewamy "Sto lat" i "Mo żyć...". Obok nas wytrwale dzieciaki krzyczą na zmianę "Kochamy Ciebie" i "Nie odjeżdżaj" (a raczej nie odlatuj).

NIESTETY, to prawie półgodzinne spotkanie z Ojcem Świętym minęło bardzo szybko i nawet nie spostrzegliśmy, kiedy papież musiał odlecieć. Mógł jechać do Rzymu, bo Mu "Ślązaki z Gliwic przebaczyły".

POWRÓT do domu był dość długi (korki!), ale jakoś się dostaliśmy do Żor (podziękowania dla pana, który wziął nas sześcioro do cinquecento!). Mimo zmęczenia i mnóstwa pracy na miejscu WARTO BYŁO!

WARTO było zobaczyć i usłyszeć papieża, spotkać znajomych, wykazać się w działaniu i móc pomóc w tym wielkim przedsięwzięciu. Kiedy 15 czerwca modliliśmy się za zdrowie papieża, myśleliśmy, że zobaczenie Ojca Świętego będzie już niemożliwe. Jednak okazuje się, że cuda się zdarzają i że WARTO ŻYĆ MARZENIAMI, a poza tym mieć wokół siebie ludzi, którzy sprawdzają się w każdej sytuacji, i można n a nich polegać. To jest chyba definicja harcerza.

pwd. Anna Głowacka
Hufiec ZHP Żory



 Generuje GazEla