Czuwaj

8-9/1999

 Poprzedni numer  Strona nadrzędna  Następny numer

"Zawiszą Czarnym" na koniec świata (1)

Ekwador

WYDAWAŁOBY się to niemożliwe, a jednak to fakt - jesteśmy w Guayaquil w Ekwadorze! Po wariackim okresie przygotowań do czteromiesięcznej morskiej wyprawy, zbierania funduszy, dużych emocji i tysiącu wahań weszliśmy nareszcie na pokład samolotu Mc Donell Douglas w Amsterdamie, by po prawie 14 godzinach podróży zanurzyć się w gorącym i lepkim powietrzu największego miasta tego kraju.

PRZY wyjściu z lotniska czeka na nas Jacek - Polak mieszkający tutaj od kilkunastu lat. Pakujemy się do jeepa i jazda do portu.

PO drodze oglądamy miasto. Niska kolonialna zabudowa opleciona niezliczoną ilością przewodów elektrycznych, brudno, biednie i... egzotycznie. Samochody jeżdżą prawie, jak chcą - to wolnoamerykanka, a zasada "autobus jest większy, więc ma pierwszeństwo" wydaje się tu obowiązującym prawem. Podróż autobusem też może dostarczyć sporych emocji.

T przed nami z jadącego autobusu przez wiecznie otwarte drzwi obok kierowcy wyskakuje paru facetów.

- Co jest? - pytam Jacka.

- Tak tu się jeździ, to rodzaj sportu: autobusy nie mają przystanków. Chcesz jechać, to czekasz przy drodze na odpowiedni wóz, machasz, a jak zwalnia - wskakujesz.

- A jak się wysiada?

- Podobnie, mówisz kierowcy - wysiadam!, on trochę zwalnia i wyskakujesz. Zatrzymuje się tylko, gdy proszą o to kobiety.

- Niezła zabawa, a jakiś rozkład jazdy jest?

- Nie ma, autobusy jeżdżą co prawda stałym kursem, ale chyba nikt nie wie, co to znaczy. Jeśli chcesz gdzieś dojechać, po prostu wskakujesz do autobusu i pytasz, gdzie masz wysiąść, żeby dotrzeć do celu, albo się przesiąść. Pytać trzeba co chwilę, bo w tzw. międzyczasie mógł wsiąść znajomy kierowcy, którego właśnie wszyscy pasażerowie... podwożą do domu i to wcale nie pierwotnie zaplanowaną trasą!

DOJEŻDŻAMY do portu. Latynoscy strażnicy przepuszczają nas bez kontroli, wymachując przy tym niefrasobliwie swoją imponującą rozmiarami i wiekiem bronią.

PRZY nabrzeżu handlowym rozpoznajemy znajomą sylwetkę "Zawiszy", który przez najbliższe miesiące będzie naszym rozkołysanym domem. Pakujemy się z tobołami na pokład, witamy z tymi, którzy przylecieli przed nami i tymi, co płyną z Europy, zaglądamy w stare kąty. Po chwili pierwsze spotkanie z moją wachtą, wskazówki, wstępne szkolenie i - czas wolny. Cała załoga z niecierpliwością czeka na przepustki portowe, bez których ani rusz. Ekwadorczycy kochają dokumenty, papiery, zezwolenia itp. (których, notabene, nikt potem nie sprawdza), a przy tym, jak w każdym południowym kraju, najczęściej używanym wyrazem jest "mańana".

Iguany jak prehistoryczne gady

WRESZCIE otrzymujemy niezbędne dokumenty. Jedziemy do centralnej części tego ponad dwumilionowego miasta. W Parque Simon Bolivar podziwiamy chodzące sobie spokojnie iguany - jaszczurki wielkości do 1 metra! Niesamowite - w centrum miasta żyją zwierzęta wyglądające jak jakieś prehistoryczne gady.

ZATAPIAMY się w barwny tłum spokojnie płynący ulicami, przy których w przedziwnej symbiozie stoją hiszpańskie kamienice i nowoczesne wieżowce, nijakie odrapane z farby domy i fantastyczny kościół św. Franciszka.

CO rusz, nagabywani przez dzieci i żebraków o datki, mijamy stojące na krzesełkach zwykłe domowe aparaty telefoniczne wystawione przez "przedsiębiorców" jako rozmównice publiczne; małe knajpki, gdzie przy stolikach bywalcy spędzają beztrosko parę godzin; ulicznych sprzedawców wszystkiego i targowisko z wyrobami Indian andyjskich.

DOCIERAMY do Las Peńas - malowniczo położonej na wzgórzu dzielnicy zabudowanej domami z epoki kolonialnej. Rejon wygląda na zbójecki, ale mimo to pniemy się uliczką Calle Nume Pompillo Llona (uff! - ta nazwa), oglądając dawne rezydencje kilku prezydentów Ekwadoru. Jeszcze 20 lat temu musiała to być piękna dzielnica z dwupiętrowymi domami oblepionymi balkonikami. Teraz straszliwie zaniedbana, biedna i podejrzana - może być uratowana przez osiedlających się tu artystów, adaptujących budynki na galerie i wille.

WIECZOREM zatrzymujemy pikapa, ustalamy cenę, ładujemy się na pakę i jedziemy na statek. W ten sposób podróżują miejscowi, to niby dlaczego my mamy jechać taksówką? Jazda iście wariacka! Przejeżdżamy pół miasta w szaleńczym tempie, wśród makabrycznej ilości samochodów i autobusów wszelkich marek i różnej kondycji technicznej (badania techniczne to pewnie czysta abstrakcja). Wszyscy bez przerwy trąbią! Masz głośny klakson - może wystraszysz sąsiedniego kierowcę i masz pierwszeństwo.

NA jezdni pierwszeństwo ma samochód. Jeśli nieopatrznie znajdzie się na niej przechodzień - auta trąbią, ale nie zwalniają. Wygląda to jak zabawa w kotka i myszkę. Że się do tej pory nie porozjeżdżali, zakrawa na cud.

WRACAMY na statek i, zmęczeni ale zadowoleni, kładziemy organizmy do jeszcze twardych koi.

KOLEJNE dni to równikowa żegluga po Oceanie Spokojnym. Potrafi on być groźny, ale dla nas jest przychylny. Dzięki sprzyjającym wiatrom i słonecznej pogodzie możemy wdrożyć załogę do pracy na żaglowcu. Niektórym doskwiera choroba morska, ale to zupełnie normalne. Przyzwyczajają się do bujającego pokładu. Stawianie i zrzucanie żagli, wachty nawigacyjne, roboty bosmańskie i w kambuzie wyznaczają rytm życia na morzu.

Konsul w bahamkach, salsa i smażone banany

PO przejściu równika i obowiązkowym w takiej sytuacji chrzcie morskim (oj! działy się cuda!) kotwiczymy przy Same, niewielkiej, uroczej miejscowości, w której lądujemy pontonem wprost na plażę, pokonując niewielki, na szczęście, przybój. Na powitanie wychodzi konsul honorowy RP w... bahamkach, kolorowej koszulce i klapkach! Wielu widziałem ambasadorów i konsulów, ale ten nijak do nich nie pasuje. Odzwierciedla natomiast świetnie powiedzenie "Klasę ma się w sobie, a nie na sobie".

ZAPRASZA nas do własnej hacjendy nad brzegiem oceanu, gdzie chwilę później, siedząc na tarasie wśród palm, spoglądając na Pacyfik, słuchamy opowieści o tym niewielkim, ale jakże zróżnicowanym kraju i jego egzotycznych mieszkańcach.

WIECZOREM jedziemy do baru na plaży w Atacames - sąsiedniej miejscowości. Pakujemy się oczywiście na pikapy i jazda. Ale jaka! Noc, wokół góry, bananowce, niemożliwie dziurawa droga i czarny kierowca. Czuję się jak partyzant w Nikaragui!

PARKUJEMY na ulicy biegnącej wzdłuż wybrzeża. Na plaży okrągłe, bambusowe bary bez ścian, kryte liśćmi palmowymi, z gorącą muzyką i równie gorącymi barmankami. Cumujemy przy jednym z nich, na ławeczkach-huśtawkach, z drinkiem o jakiejś finezyjnej nazwie. Nad barem - okrągła "tancbuda", gdzie przy rytmach salsy i innych południowych dźwięków miejscowi kręcą biodrami. Chwilę później pół załogi tańczy. Zabawa w rytmie salsy, na dachu baru stojącego na plaży, w środku nocy w Ekwadorze, w listopadzie przy temperaturze 27°C! Wygląda na sen, a jednak dzieje się na jawie!

Z gościnności konsula korzystamy jeszcze następnego dnia, wchłaniając atmosferę miasteczka w większości zamieszkałego przez Murzynów i Mulatów, racząc się przy okazji smażonymi bananami i mariscos, czyli owocami morza.

KOLEJNE dni to żegluga i normalny, dobowy rytm pracy. Ocean nadal Spokojny, więc słoneczne, równikowe szerokości (geograficzne, rzecz jasna) pokonujemy, wspomagając pracę żagli silnikiem. Unikalny na skalę światową "grot diesel", wybudowany w 1942 roku w zakładach Kruppa, miarowym stukotem dodaje nam prędkości i pozwala na umieszczenie w "rozkładzie jazdy" następnego portu - Manty.

RZUCAMY kotwicę i pontonem jedziemy załatwić formalności. Wypełnianie stosu "ważnych" dokumentów i rozmowy z urzędnikami wydającymi różnego rodzaju pozwolenia i zgody, zajmują sporo czasu. To Ekwador, a tutaj każdy urzędnik jest ważny - dokument musi być, a jeśli to tylko możliwe, najchętniej przyjąłby jeszcze łapówkę - cinco dólares. Wiele spraw można załatwić lub kupić za pięć dolarów. Takie miejscowe "pół litra"...

KOLEJNE dokumenty muszą być wypisane na statku. W tym celu na ponton zabieramy BWUP (Bardzo Ważny Urzędnik Portu). Chyba ze względu na dodanie sobie powagi gość w regulaminowym uniformie i z groźną miną całą drogę stoi. Komiczna scenka - na pontonie dwóch luzacko ubranych facetów wiezie powoli, wręcz dostojnie, stojącego, na biało umundurowanego Indianina! Na naszą prośbę, żeby sobie usiadł, nie raczył nawet zareagować.

Kapelusze "panama" i rozgwiazdy wielkości talerzy

NASTĘPNYM kursem przywozimy na pokład dziennikarzy. Nasz pobyt jest sporym wydarzeniem, bowiem bardzo rzadko kotwiczą tu żaglowce. Po za tym dla nich jesteśmy egzotyczni...

PO oficjalnych wizytach mamy okazję zobaczyć miasto. Niegdyś (w latach 500-1500 n.e.) te tereny zamieszkiwali Indianie Manta, znani dzięki garncarstwu i rozległej wiedzy z dziedziny nawigacji. Dzisiejsza Manta jest ważnym portem rybackim i ośrodkiem przemysłowym. Jadąc pikapem (a jakże by inaczej!) mamy okazję zobaczyć rafinerię, fabrykę Fiata i ogromną palarnię kawy. Dzięki temu miasto wydaje się nowoczesne, schludne. Jednym słowem - bogatsze. Oczywiście w niczym to nie przeszkadza tej części miejscowej ludności, która nad materialne dobra przedkłada spokojny żywot w małym glinianym domku na przedmieściach, bujając się w hamaku i popijając mleczko z urwanego w okolicy kokosa.

NAS również bardziej pociąga egzotyka, więc znaczną część czasu spędzamy na przedmieściach i w Montecristi - niewielkim siedemnastowiecznym miasteczku z nie odnawianymi od lat domami kolonialnymi, znanym z rzemieślniczej produkcji kapeluszy typu panama. Uzbrojeni w takie właśnie nakrycia głowy, dumnie wracamy na pokład.

KOMENTARZE i wrażenia z pobytu "hulają" jeszcze podczas żeglugi, zwłaszcza na nocnych wachtach skłaniających przecież do gawędziarstwa.

NASTĘPNYM miejscem postoju jest Puerto Lopez - miejscowość żywcem wyjęta z filmu "Indiana Jones" - z rikszami i biegającymi po glinianych ulicach... świniami!

TUTAJ mieści się siedziba Parque Nacional Machailla - jedynego nadmorskiego parku narodowego w Ekwadorze. Wynajmujemy pikapy i zapoznajemy się bliżej z florą i fauną tego zakątka świata. Niezwykle suchy las tropikalny, ogromne rozłożyste kaktusy, figowce, butelkowce, drzewa kapokowe, wąż boa, papugi, wykopaliska archeologiczne, strumyk na dnie wąwozu, zamieniający się w rwącą potężną rzekę w porze deszczowej i aqua blanca - biała woda w stawie, gdzie stężenie siarki sięga 75%, a kąpiele przynoszą podobno rewelacyjne efekty zdrowotne (w stawie siedział Indianin i nacierał się wodą!). Wrażenie potęguje fakt, że niegdyś tak właśnie wyglądało prawie całe wybrzeże Pacyfiku na terenie Ameryki Środkowej i Południowej.

OSTATNIM kotwicowiskiem na terenie Ekwadoru jest Bahia Drake na bezludnej Isla de la Plata (Zatoka Drake'a na "Srebrnej Wyspie"). Na plaży rozgwiazdy wielkości talerzy wyrzucone przez przypływ, w zatoczkach wylegujące się lwy morskie, a w głębi wyspy niezliczone ilości głuptaków niebieskonogich, żyjących tylko na okolicznych wysepkach i na Galapagos. Podobno wieloletnie badania naukowców próbujących dociec, dlaczego nogi tego gatunku mają taki niesamowity kolor, doprowadziły do wniosku: głuptaki niebieskonogie, w odróżnieniu od innych, posiadają szczególny kolor nóg, ponieważ... są niebieskonogie!

PO dwóch dniach podglądania dzikiej przyrody podnosimy kotwicę, stawiamy żagle i wyruszamy po następną przygodę. Wokół bezkresna przestrzeń oceanu, a przed nami - Peru...

Wojciech Plewnia



 Generuje GazEla