Czuwaj

10/1999

 Poprzedni numer  Strona nadrzędna  Następny numer

Zamiast wężykiem

13 lipca 1999

RADOSNA i smutna rocznica. Przed trzema laty w Oslo przyjęto ZHP do WOSM i właśnie tam, już po odebraniu dyplomu i licznych gratulacji, zmarł nasz przewodniczący hm. Stefan Mirowski.

TRADYCJĄ się staje, że 13 lipca odprawiana jest msza święta w parafialnym kościele Przewodniczącego przy warszawskim placu Narutowicza, tradycyjnie składamy na Jego grobie kwiaty.

WARTO było uczestniczyć w tej wzruszającej mszy. Po raz kolejny przypomnieć sobie druha Przewodniczącego, jego słowa, jego postawę życiową. Jaka szkoda, że to pokolenie odchodzi, ale jak dobrze, że przez kilka trudnych lat druh Mirowski był z nami. To dzięki niemu, to także dzięki niemu, jego mądrości, jego kulturze, jego wpływowi na nas wszystkich ZHP dziś jest taki, jaki jest.

18 lipca 1999

DO redakcji przychodzi sporo listów. Są one bardzo, bardzo różne. Wcale mnie to nie dziwi. Jeden z nich spowodował moje dzisiejsze refleksje. Ten list to ocena "Czuwaj". Ciekawe opinie, mądre wnioski. Tylko gdy bliżej się nad nimi zastanawiam, wydaje mi się, że w jednej sprawie nasz czytelnik myli się zasadniczo. Z korespondencji wynika, że traktuje on każdy z tekstów zamieszczonych w piśmie, jakbym napisał go sam w redakcji lub jakbyśmy z Misią słowa każdego z naszych autorów akceptowali.

ZDUMIEWA to mnie ogromnie. Oczywiście istnieje coś, co nazwałbym linią pisma. Propagujemy określone spojrzenie na harcerstwo. Pewien styl, wydaje się, akceptowany także przez większość instruktorów Związku. Ale żebym odpowiadał za każde słowo naszych korespondentów? Nonsens. Wyobrażacie sobie gazetę zapełnioną wyłącznie poglądami dwojga redaktorów i jednego Naczelnika ZHP? Zanudzilibyście się na śmierć!

18 sierpnia 1999

RELACJE, stosunki, układy między nami - instruktorami ZHP. Ciekawa sprawa. Ilu z nas na serio traktuje ten punkt Prawa, w którym za brata uważamy każdego innego harcerza? Za brata, któremu jesteśmy, jak w rodzinie, skłonni bardzo wiele wybaczyć, bo związani z nim jesteśmy więzami krwi. W harcerstwie związek krwi traktować musimy bardzo symbolicznie, ale czy nie za często o harcerskim braterstwie zupełnie zapominamy?

SKROMNY przykład. Luźna rozmowa o znajomych instruktorach. W którymś momencie pada nazwisko druha "Z". Odzywa się druh "B":

- "Z"? Wiecie, jaki on jest beznadziejny? Do czego się nie weźmie, zaraz wszystko zawali. Współpracował z druhną "P" i teraz nie chce ona już go widzieć na oczy.

ZDUMIAŁEM się wielce, bo miałem o "Z" jak najlepsze zdanie. Czyżby coś się stało? Charakter się druhowi "Z" zmienił? Nie wytrzymałem i postanowiłem sprawdzić, co jest grane. Dzwonię do "P":

- Powiedz, co tam ostatnio narozrabiał druh "Z"?

- "Z"? Nic o tym nie wiem. Ostatnio razem długo pracowaliśmy. To znakomity facet...

TYLE. Czy warto tę rozmowę komentować? Czy czeka mnie teraz rozmowa z druhem "B"?

I na marginesie tej historyjki pytanie, ilu mamy druhów "B" w organizacji. Bo że nie jest to przypadek odosobniony, to pewne.

25 sierpnia

POWRÓT z Trok. Trzy dni na Zlocie 10-lecia ZHP na Litwie. Nadzwyczajne doświadczenie. Jakaż piękna jest Wileńszczyzna! Jak ślicznym miasteczkiem są Troki! O samym zlocie będziecie mogli przeczytać w innym miejscu "Czuwaj". Tu tylko krótka refleksja. Harcerstwo, z jego problemami kadrowymi, programowymi, organizacyjnymi jest wszędzie takie samo. Gdy patrzyłem na harcerki i harcerzy uczestniczących w zlocie (a byli oni grupą złożoną oczywiście z lepszych i gorszych środowisk) wydawało się, że są członkami jednej wielkiej organizacji, a byli wśród nich członkowie ZHPnL, ZHP, ZHR, a nawet ZHP poza granicami Kraju. Wyobrażam sobie, że w ZHR-ze są także tacy harcerze, jak "nasi", którzy reprezentowali ZHP na zlocie, a i u nas będą podobne drużyny, jak te, które z innych organizacji spotkałem na Litwie. Po raz kolejny umacniam się w opinii, że w żadnym przypadku nie można mówić o lepszych lub gorszych organizacjach. Wszędzie bywają lepsze lub gorsze drużyny. I tylko tyle.

26 sierpnia

GOŚCIMY w redakcji grupę skautów luksemburskich. Widzę ich pierwszy raz, choć kontakt z tym szczepem mamy już trzy lub cztery lata. Skauci poszukując harcerzy w Polsce dotarli w Luksemburgu do polskiego konsula honorowego, ten dał im kontakty na nasz szczep i któregoś dnia dotarł do mnie list z pytaniem: "Jedziemy na Białoruś z lekarstwami do jednego ze szpitali. Czy możecie załatwić nam po drodze w Polsce noclegi i przy okazji trochę oprowadzić po Warszawie?". Mogliśmy, załatwiliśmy, oprowadziliśmy. Skauci luksemburscy w tym roku (z dwóch organizacji - katolickiej i laickiej, za to z jednego miasta) po raz kolejny zorganizowali konwój humanitarny dla naszego wschodniego sąsiada. Uznali, że z krajów europejskich tam są największe potrzeby.

TO dosyć typowe dla współczesnego skautingu. Poza pracą wychowawczą prowadzoną na co dzień z wilczkami i skautami instruktorzy skautowi podejmują wiele działań na rzecz dorosłego społeczeństwa. Przypomina mi się znakomita akcja skautów z tego samego Luksemburga sadzenia przed kilku laty drzew w Nepalu. Taka była potrzeba. Takiego zadania się podjęli i takie zrealizowali.

31 sierpnia

OPOWIEDZIANO mi charakterystyczną historyjkę. W trakcie zebrania, w którym uczestniczyli przedstawiciele centralnych i wojewódzkich władz oświatowych, rozpoczęła się kuluarowa, towarzyska rozmowa o harcerstwie. Ktoś tam zapytał: - Czy harcerstwo w nowych czasach ma jeszcze sens? - Ktoś tam (pracownik MEN-u, a jakże) jednoznacznie zakomunikował, że dawanie takim rozpadającym się organizacjom, jak ZHP, jakichkolwiek pieniędzy jest niewłaściwe. Ktoś zauważył, że reformowana szkoła powinna postawić na organizacje wychowawcze, bo następuje proces demoralizacji młodzieży i właśnie ZHP ma sprawdzoną metodę i znów po latach przerwy konieczne jest postawienie na harcerstwo. Głos ten wywołał sprzeciw. Przedstawiciel MEN-u (mówiąc we własnym imieniu) stwierdził, że to szkoła ma wychowywać i jeżeli jakieś dziecko chce należeć do harcerstwa, to on, urzędnik ministerialny, nie ma nic przeciwko temu, ale żeby wspierać ten ruch, to nie, on się na to nie zgadza.

ZASTANAWIAM się, skąd takie poglądy. I doszedłem do wniosku, że przyczyna jest jedna. Pan z ministerstwa (a może pani) nigdy nie zetknął się z harcerstwem, nie był w zuchach, ani nawet w HSPS-ie. Takie są teraz czasy. Jest nas, wychoanych w harcerstwie coraz mniej.

DLATEGO mam propozycję dla druha Naczelnika i komendantów chorągwi. Koniecznie naszym decydentom trzeba zorganizować szkolenie. Szkolenie z harcerstwa. Może coś na temat wychowania w takiej organizacji jak nasza do nich trafi.

4 września

ZESPÓŁ ekologiczny Głównej Kwatery, a tak naprawdę to nieoceniona hm. Iwona Maciejowska z Krakowa zorganizowała podsumowanie tegorocznej "Gry w zielone". Zwróćcie uwagę. Miało to miejsce trzy dni po rozpoczęciu nowego roku szkolnego, a więc teoretycznie w momencie, gdy drużyny harcerskie jeszcze nie myślą o zebraniu się do pracy po lepiej lub gorzej spędzonym lecie. Zastanawiałem się, jak to będzie z frekwencją - i jak, oczywiście, zaprezentują się najlepsze środowiska.

I co? Do Warszawy zwaliła się cała Polska. Może nie dosłownie, ale salka Muzeum Ziemi pękała w szwach, a opowieści, w jaki sposób harcerze ratują przyrodę, były pasjonujące. Tak przy okazji mogłem zobaczyć przekrojowo naszą organizację. Środowiska wiejskie prowadzone przez zapalonych nauczycieli, drużyny starszoharcerskie reprezentowane przez wyrośniętych studentów, zuchy, drużynę NS, przedstawicieli różnych pionów aktywnych we Wspólnocie Drużyn Grunwaldzkich. I wszyscy znakomicie umundurowani, z uśmiechem na ustach - mali i duzi, którzy cały czas mówili: - U nas, w naszej wsi, miasteczku, mieście odnieśliśmy sukces. - Nie jest to postawa częsta w naszej organizacji, a szkoda.

Adam Czetwertyński



 Generuje GazEla