Czuwaj

10/1999

 Poprzedni numer  Strona nadrzędna  Następny numer

Zwykły niezwykły obóz

W tym roku po raz pierwszy od wielu lat przyjechałam na obóz kilka godzin przed moimi harcerzami. Całą drogę do Lubiatowa towarzyszyły mi rozterki, tłukły się w głowie różne myśli. Czy matka przyprowadzi Piotrusia na zbiórkę? Czy przyjedzie Agnieszka, czy znów spędzi wakacje w szpitalu? Czy Magda nie zapomni menażki? Co rok to samo. O każde z moich dzieci trzeba zadbać osobno, każdemu druhna Gosia mozolnie wypisuje na karteczce, co ma zabrać, każdemu rodzicowi druhna Halinka niestrudzenie przypomina, że odzież trzeba podpisać, bo dzieci nie rozpoznają swoich rzeczy, a i tak zawsze są jakieś niespodzianki.

JESTEM taka sama,
Zobacz mamusiu kochana
Zobacz tatusiu i bracie
I wszyscy, którzy mnie kochacie.

NAMIOTY już stoją. Ekipa z kwaterki zadbała o to, aby były wyposażone w kanadyjki - jeden problem "z głowy". Uratowali nas przed kilkoma poprzycinanymi paluchami. Jest szósta rano. Zaczyna kropić drobny deszczyk. Siedzę przed swoim namiotem. Nie chcę się jeszcze zagospodarowywać. Wsłuchuję się w ciszę lasu i próbuję sobie wyobrazić, jakie będą te trzy tygodnie. Do morza blisko, można cały program rehabilitacyjny robić na plaży, las piękny, dużo szyszek, dzieciaki będą się tłukły, trzeba uważać, coś z tym zrobić, jak sobie poradzą w tych latrynach - takich jeszcze nie mieliśmy. Jak przyjmą moicah "normalni" harcerze, drużynowi mieli ich przygotować, ale to przecież tylko dzieci. Totemy - gdzie je postawimy... Nagle z tej zadumy wyrwał mnie warkot autobusów. Są, przyjechali. Z kilku autobusów "wysypały się" do lasu uradowane harcerskie mundurki. Są zuchy, są oławscy harcerze, są i moi. Buziaki umorusane, zmęczone, ale zadowolone. Szybko sprawdzam - jest Piotruś, jest Agnieszka, nie ma Magdy, rodzice nie przyprowadzili jej na zbiórkę. Nie mam czasu na razie dociekać, dlaczego, bo już krzyczą jedno przez drugiego:

"W których namiotach będziemy mieszkać?", "Gdzie jest morze?", "Czy dzisiaj pójdziemy?", "Druhno, a Kasia całą noc nie spała, tylko wariowała!", "Druhno, gdzie zanieść te kartony?". Zaczęło się, tak będzie już przez najbliższe trzy tygodnie.

POMALUTKU rozlokowaliśmy dzieci w namiotach, pobraliśmy koce, zaczynamy dzień. Druh Kazio - oboźny dostał do pomocy kilku chłopaków, ustawiają półki, praca wre - to lubię. Wreszcie pierwsze spotkanie z morzem - dla niektórych pierwsze w życiu.

51 harcerzy z czterech drużyn Nieprzetartego Szlaku rozpoczęło obóz w Lubiatowie. Zgrupowanie Hufca Oława liczy ponad 200 harcerzy i zuchów. Stoimy w trzech podobozach: podobóz zuchów, podobóz oławskich harcerzy i podobóz Nieprzetartego Szlaku. Trzy kręgi namiotów, wśród których uwijają się szare i zielone mundurki. Wszystko zgodnie z planem. Chyba będzie dobrze. Zajrzała do nas dh. komendantka - hm. Halina Luch - "Niczego wam nie brakuje, dajecie sobie radę?" - Nic dziwnego, dla niej to też nowe doświadczenie, obóz z taką ilością Nieprzetartego Szlaku organizuje po raz pierwszy, jest pewna, że będzie dobrze, bo dlaczego nie?!

PIERWSZY obiad, część dzieci nie ma kubeczków, drobiazg, radzimy sobie. Nagle zamieszanie w stołówce. Jeden z naszych harcerzy zasłabł, na dodatek to zasłabnięcie z objawami epilepsji. Popłoch wśród służby medycznej - zdziwienie drużynowej - jeśli to atak - to pierwszy w życiu, w karcie napisane "zdrowy". Pani doktor zdenerwowana, żąda natychmiastowego przebadania wszystkich dzieci, nie wierzy w słowa pisane i diagnozy w kartach, przewiduje same kłopoty. Chłopiec "przychodzi do siebie", a na "szok pourazowy" cierpi cała obsługa obozu. Służba medyczna w nieustającym zdenerwowaniu, ratownicy powątpiewają, czy nasi harcerze mogą się kąpać. Piętrzą się problemy... tylko nasza nieoceniona Halinka Luch nie widzi żadnych - "Wszystko będzie dobrze, zobaczycie". Nas nie musiała zapewniać - myśmy to wiedzieli.

MAM nogi i ręce,
I duszę, i serce,
Już czytam i piszę,
Już pływam i liczę.

PIERWSZE wspólne zajęcia. Pękają lody. Obóz "normalnych" zaczyna nas odkrywać. Nasi harcerze nie mają żadnych oporów w nawiązywaniu kontaktów, są otwarci, coraz częściej biegają do podobozu Oławy. "Normalni" do nas też coraz częściej zaglądają, i to wcale nie "gapić się", ale tak zwyczajnie, towarzysko "pobyć". Na plaży robi się "coraz cieplej w uczuciach". Bartuś - duży masywny chłopiec z zespołem Downa ujął ratowników swą pogodą ducha i otwartością. Wkrótce został ich prawdziwym pomocnikiem i towarzyszem zabaw. Bartuś ma taką łatwość w nawiązywaniu kontaktów...

JESTEŚMY coraz bardziej "u siebie". Wszys-cy harcerze realizują wspólny program obozu, wszyscy bawimy się na tańcach integracyjnych, wszyscy jednakowo walczymy "o królewskie berło". Jest jeden obóz, do swoich podobozów chodzimy tylko spać.

KTÓREGOŚ razu ratownik Krzyś powiedział mi: "Wiesz, te wasze dzieciaki są takie prawdziwe, dobre, i one mają jedną twarz". Pani doktor zaczyna zaglądać do nas na śpiewanki. Zachwyca się śpiewem, zabawami (jej namiocik jest tuż za naszymi namiotami): "Ale u was fajnie, ja nigdy nie pomyślałam, że wasze dzieciaki tak ładnie śpiewają". Dzieciaki są zachwycone każdą obozową chwilką, każdą wartą, każdą służbą, wszystkie zajęcia są do zrealizowania. Śmieją się, śpiewają, tańczą, kąpią - a ja obserwuję, jak mozolnie, krok po kroczku rodzi się akceptacja. Jak bez założeń programowych, celowych działań, wielkich słów, ze zwykłego harcerskiego obozu wyrasta cudowny obóz integracyjny. Jest integracja, o jakiej tylko marzyć. Integracja całym sercem i całą duszą każdego harcerza. Nikt już nie mówi "oni", "wasze dzieci", wszyscy jesteśmy harcerzami, łączy nas wszystko, co tylko harcerzy łączyć może. Nie dzieli nic.

UMIEM jeździć na rowerze
I pomagam wszystkim szczerze,
Jestem taka sama,
I też chcę być kochana.

SZCZĘŚCIE, jakie tryska od moich harcerzy, jest zaraźliwe. Śmiejemy się wszyscy. Nawet po wędrówce, kiedy spóźnili się na kolację, głodni, brudni, zmęczeni całodziennym marszem, nawet wtedy ich oczy iskrzyły promykami szczęścia. To szczęście na obozie w Lubiatowie mogło się rozrastać i pęcznieć dowolnie. Było tak wiele cudownych, radosnych chwil, jak jeszcze na żadnym obozie.

SKĄD to się wzięło - zastanawiamy się w gronie instruktorów, przecież nikt nie planował integracyjnego obozu. Nie było niczego wielkiego - było zwyczajnie, po harcersku. Taki zwykły harcerski obóz, ale tam, gdzie jest harcerski duch i harcerskie serce, musi być miejsce dla każdego. Myśmy to miejsce znaleźli. Tam nam było najlepiej, tam nikt nie robił wielkich gestów, po prostu - BYLIŚMY RAZEM NA OBOZIE! - i za to wszystko całej oławskiej kadrze, harcerzom, instruktorom i obsłudze - w imieniu 51 harcerzy i 9 instruktorów dziękuję - tak zwyczajnie.

ŻE prócz ogniska o coś nam chodzi,
Że prócz piosenek coś w sercu tkwi...

Alina Żwirblińska
Wrocław

W tekście wykorzystałam wiersz Haliny Kowalskiej, cudownej przyjaciółki, kochanej mamy, która napisała ten utwór dla swojej upośledzonej umysłowo córeczki - naszej wspaniałej harcerki.



 Generuje GazEla