Czuwaj

11/1999

 Poprzedni numer  Strona nadrzędna  Następny numer
HARCERSTWO NA UKRAINIE

Drohobycz. Niewielkie, mocno zaniedbane miasto położone na południe od Lwowa. Od roku 1991 działa tam harcerska drużyna "Orliki", którą opiekują się "Powsinogi" z Opola. "Orliki" przyjeżdżają do Polski na obozy stałe i wędrowne. "Powsinogi" od kilku lat jeżdżą na Ukrainę do swoich przyjaciół. Na kilka dni, nie na długi obóz. Każdy kolejny wyjazd jest ciekawszy, bogatszy.

Harcerze na Kresach

GDY przyjechałem do Drohobycza wczesną wiosną 1991 roku, miasto nie wywarło na mnie najlepszego wrażenia. Zresztą, wczesną wiosną prawie żadne miasto nie wygląda korzystnie. Dużo ciekawsze było spotkanie z prezesem Towarzystwa Kultury Polskiej, z jego rodziną, z członkami Towarzystwa. Serdeczność, ufność, zgoda na wyjazd dziesięciorga dzieci na nasz obóz do Polski.

LATA dzielą tamten marzec od tegorocznego maja. To lata przyjazdów na nasze obozy, tworzenie drużyny w Drohobyczu, wiele pracy, wiele wyrzeczeń, ale i wiele wzruszeń. Zdobywanie funduszy na to, by dzieci z Drohobycza mogły przyjeżdżać do nas. Przestawienie własnej drużyny na nieco inny sposób działania. Niby nic: przyjedzie 10 osób. Na obóz wędrowny, organizowany na trasach typowych PTSM mogę wziąć 20 osób. Co robić z pozostałymi harcerzami z drużyny liczącej 50 osób? Szukanie pomysłów, kombinowanie, wymyślanie nowych form. Obozy stałe, które są dla naszej drużyny kompromisem - bo tradycją są u nas obozy wędrowne. Łączenie form - obóz wędrowny plus obóz stały. Dwa równoległe obozy wędrowne, by łącznie mogło jechać więcej osób. I przez lata coraz więcej sympatii ze strony mieszkańców Drohobycza, Stryja, Truskawca, i coraz mocniej odczuwana w stosunku do nas niechęć komendy lwowskiego hufca "Barć".

A "Orliki", ich opiekunowie i rodzice harcerzy, najpierw organizują dla nas wycieczkę po Drohobyczu i wyprawę do Lwowa. Za rok wyjeżdżamy na prawdziwy biwak pod namiotami. W następnym roku jedziemy na biwak w Karpaty. Rok 1999 jest Rokiem Słowackiego. Wyjeżdżamy więc do Krzemieńca. Po drodze zwiedzamy Ławrę Poczajewską. Prawosławny klasztor i piękna cerkiew, egzotycznie dla nas wyglądający mnisi - wszystko to robi na nas duże wrażenie. Po drodze obiad w lesie. Nikt nie zwraca uwagi na ognisko, nikt się nie "czepia". Obiad "na winie" - z tego, co się "pod rękę nawinie" - smaczny. Wspominamy zabawny dla nas moment w ławrze: wszystkie dziewczęta musiały być w spódnicach i nakryciach głowy. Na miejscu była wypożyczalnia spódnic!

A potem już Krzemieniec. Zakurzony, na pozór mało efektywny. Dopiero spotkanie z polską młodzieżą w kościele, rozmowy z rodakami, z księdzem, nocleg w niebywale pięknym miejscu na obrzeżach miasta (- Jak tu dojeżdżacie zimą? - pytamy. - Ano, jakoś się przekopujemy...), odkrywają urodę tego miasta. Zwiedzamy ruiny zamku na Górze Królowej Bony.

A potem ognisko, podczas którego miejscowa młodzież śpiewa wiersze Słowackiego.

DRUGIEGO dnia spotykamy przewodniczkę. Będzie nią 87-letnia pani Irena Sandecka, przedwojenna nauczycielka.

SPOTKAŁEM wielu przewodników, lecz rzadko zdarzało się przez kilka godzin słuchać ich z otwartymi wręcz ustami. Wzruszają nas wiersze Słowackiego, recytowane przez panią Sandecką w krzemienieckim kościele, przy pięknym pomniku poety. Mimo swych lat pani Irena oprowadza nas po położonym na mocno pofalowanym terenie mieście, pokazuje miejsca związane z poetą i pięknie opowiada. Na cmentarzu, przy grobie matki poety, czytamy listy Słowackiego do matki. Robi to duże wrażenie.

NA pomniku poety, w kościele odkrywamy bardzo znane i bardzo harcerskie słowa: "Lecz zaklinam, niech żywi nie tracą nadziei...". Przypominamy tym, którzy nie pamiętają: to stąd wzięły się słowa "kamienie na szaniec".

WSPANIAŁA lekcja polskości, którą przeżyliśmy... na Ukrainie. Zostaną wspomnienia i krzemienieckie krzemienie, ofiarowane nam przez panią Sandecką.

W powrotnej drodze zwiedzamy jeszcze zamek w Olesku i na pół godziny wpadamy do Lwowa. Trzeba było - kilku osobom rodzice nakazali: pozdrówcie ode mnie Lwów!

PO powrocie w Drohobyczu jeszcze jedno spotkanie. To ukraińscy skauci - płastuni zaprosili i "Orliki", i nas na uroczystą zbiórkę, na której będziemy świadkami skautowej przysięgi.

SPOTKANIE skautowe to rzecz zwykła, lubiana, przyjemna i pożyteczna. To spotkanie ma jednak inny wymiar: jest dowodem na to, że można. To procentuje nasze pierwsze spotkanie z płastunami w roku 1992, to procentują moje starania, przekonywanie "Orlików", że można, że warto żyć w zgodzie i przyjaźni.

GDY miesiąc później w Opolu opowiadam nowemu ambasadorowi Ukrainy w Polsce i konsulowi generalnemu o tym spotkaniu - słuchają z lekkim niedowierzaniem. Chyba jednak przekonują ich zdjęcia ze spotkania, a na roześmiane twarze płastunów i harcerzy patrzą z dużą przyjemnością. Może właśnie takimi drobnymi kroczkami zmierzać będziemy do pojednania między naszymi narodami?

JAKŻE patetycznie brzmią te słowa...

HARCERZE na Kresach...

WINNIŚMY im wdzięczność za to, że trwają przy polskości i przy harcerstwie. Cieszę się z tego, że do tych harcerzy należą i drohobyckie "Orliki". Cieszę się z tego, że moim "Powsinogom" udaje się przez tyle już lat zgodnie i efektywnie współpracować. Ta praca, ta służba daje wiele radości i satysfakcji.

ZWYKŁA szara służba.

hm. Jacek Chlebda
Opole



 Generuje GazEla