Czuwaj

11/1999

 Poprzedni numer  Strona nadrzędna  Następny numer

"Zawiszą Czarnym" na koniec świata (3)

Peru (2)

OPUŚCILIŚMY Salaverry. Żeglujemy na południe w kierunku Callao.

W nocy przed dziobem bawią się delfiny. Wyglądają jak świecące torpedy przemykające pod dziobem z lewej na prawą burtę, rozganiając przy okazji ławicę ryb. Świeci plankton, który daje wrażenie fosforyzowania wszystkich istot żyjących i odkosów wody rozbijających się pod ciężko pracującym dziobem "Zawiszy".

TRZY doby żeglugi w sprzyjających warunkach pozwalają nam rzucić kotwicę w Callao. Na miejscu z paru pomysłów na wyprawy w głąb kraju wybieramy optymalny - podróż w Andy kolejką Malinowskiego. Nazajutrz pakujemy się do taksówek i jedziemy do Limy. Z okien samochodów podziwiamy wspaniałą architekturę centrum największego miasta Peru. Monumentalne wręcz budowle, ogromne place z obowiązkowymi pomnikami, szerokie ulice zapełnione do granic możliwości pojazdami, ukazują odmienne oblicze państwa.

100-letnia kolej i steward w białej koszuli

DOJEŻDŻAMY na dworzec kolejowy. Bardzo słabo rozwinięta sieć kolejowa powoduje, że ogromny, bogato rzeźbiony budynek dworca "obsługuje" dwa pociągi dziennie! Jeden z nich kursuje właśnie w Andy. Ta najwyżej położona kolej na świecie zbudowana została 100 lat temu przez Polaka - Ernesta Malinowskiego. Wsiadamy do jednego z czterech wagonów. Wokół mieszanka ras i narodowości (jedzie m.in. fotoreporter z Belgii - wysoki Murzyn wyglądający na farmera znad Missisipi z początków naszego wieku). Wagon bez przedziałów, wygodne siedziska, uzbrojeni policjanci, a wszystko "pachnie bonanzą". Chwilę po wyruszeniu wita nas obsługa pociągu informując, że pojedziemy 12 godzin, wspinając się na prawie 5000 m nad poziom morza. Potem krótka historia budowy linii i zaproszenie do podziwiania krajobrazów przy płynącej z głośników muzyce andyjskiej. Steward (czarne spodnie, biała koszula, muszka) podaje przekąski i kawę. Niesamowite zderzenie współczesności z przeszłością: 100-letnia kolej jadąca w rejony tradycyjnie żyjących Indian, wypełniona andyjską muzyką i steward w białej koszuli!

PO 10 minutach krajobraz nowoczesnej stolicy przemienia się w dzielnice biedoty. Domki wielkości małych polskich straganów, zbudowane z gliny lub słomy, rachityczna roślinność, wszechobecny piasek. Brak mi słów, które mogłyby oddać wrażenia wynikające z oglądania mijanych dzielnic! Wokół Andy. Aparaty fotograficzne niemal się gotują. Pociąg powoli mija kolejne miejscowości: Santa Clara, Nańa, Chacaclayo, by na chwilę zatrzymać się w Chosica. Jeszcze na początku lat 90. była tu jedna z siedzib największej organizacji terrorystycznej Peru - Świetlistego Szlaku. Aktualnie jest bezpiecznie, ale nikt nie daje gwarancji (stąd uzbrojona ochrona pociągu). Na nieodległym, niczym nie porośniętym wzgórzu dostrzegamy ogromnych rozmiarów wyryty w skale... plakat wyborczy! Znakomity pomysł - widać go z daleka, a zlikwidować nie można.

Obsługa pociągu podaje tlen

W San Bartolomé ręczną (!) obrotnicą obsługa odwraca lokomotywę i od tego miejsca kolejka jedzie w odwrotnym kierunku. I tak, im wyżej, tym krajobraz coraz bardziej fantastyczny. Pociąg wspina się powoli, przejeżdża przez tunele i mosty. W Chicla zaczynają się zygzaki, czyli pokonywanie zbocza raz w jedną, raz w drugą stronę. Po ośmiu godzinach dojeżdżamy do Estacion de Galera - najwyżej na świecie położonej stacji kolejowej. Jesteśmy na wysokości 4781 metrów n.p.m. w samym centrum Kordyliery Środkowej! Dookoła krajobraz i pogoda zupełnie odmienne niż parę godzin temu. Mglisto i zimno. Pada śnieg. Wszystkie szczyty ośnieżone. Rozrzedzone powietrze uniemożliwia wręcz oddychanie. Każdy ruch wymaga ogromnej energii. Pasażerom, którzy nie radzą sobie z wysokością, obsługa pociągu podaje... tlen! Pewnie obawiają się, czy aby wszyscy dojadą do celu... Nasze żeglarskie organizmy również odczuwają skutki rozrzedzonego powietrza. Wystarczy parę kroków, a już cały świat wiruje.

KOLEJKA powoli toczy się w dolinę, mijając kolejne miejscowości, by po pięciu godzinach dotrzeć do Huancayao - ostatniego miasta na trasie "inżynierskiego cudu świata" położonego na 3261 m n.p.m. Pokonaliśmy 346 km, 58 mostów i 67 wykutych w skale tuneli.

Miejscowy przysmak... świnki morskie

HUANCAYO to, o dziwo, nowoczesne miasto, w którym tradycja harmonijnie współgra z teraźniejszością. Słynie z misternie rzeźbionych tykw wyrabianych przez tutejszych Indian. Tykwy są tak niezwykłe, że ulegamy ich urokowi i stajemy się właścicielami "drogą nabycia". Z Plaza de Armas jedziemy do Chupaca - niewielkiej miejscowości, gdzie właśnie w tym dniu odbywa się targ. Niemal na wszystkich uliczkach, w niemożliwej ciasnocie stoją barwne stragany. Czego tu nie ma! Kury, gęsi, owce (na życzenie klienta zarzynane na miejscu!), wędzone świnie sprzedawane na porcje (Indianka porcjuje... rękoma. Kiedy je myła, nie wiadomo), suszone żaby, wyroby chińskie i amerykańskie, ubiory andyjskie, rękodzieło i wszelkie inne dobro. Kupić można również tutejszy przysmak, czyli... świnki morskie. Nie ma też problemu z kupnem koki, wyłożonej na straganach w workach. Wygląda jak liść laurowy, ale skutek działania jakby troszkę inny... Ponad milion Indian w Peru żuje kokę, która likwiduje uczucie głodu, chłodu i zmęczenia. Większość towaru sprzedawana jest przez kobiety, ubrane w tradycyjne stroje i obowiązkowe czarne kapelusze lub meloniki.

ZMĘCZENI wrażeniami postanawiamy się posilić. Zwykle warto spróbować miejscowego przysmaku, więc decyzja może być tylko jedna. Zasiadamy w knajpeczce pod chmurką i zamawiamy... świnkę morską. Niewiele mięsa, ale bardzo smaczne. Jedyny problem stanowi nasze, polskie podejście do tego zwierzątka, nie trwa to jednak długo.

ZADOWOLENI wracamy do Huancayo. Wieczór spędzamy w "La Cabańa", której właścicielem jest Lucho Hurtado - przyjaciel wszystkich Polaków. Od czasu, kiedy w jednym z międzynarodowych przewodników jego knajpkę polecił Rob Rachowiecki, interes idzie jak złoto. Na scenie brzmi gitara, ukulele i fletnie Pana. Chłopaki grają muzykę andyjską. Jakżesz oni grają! Tańczymy, bo nie da się usiedzieć na miejscu.

Wśród lwów morskich i wielorybów

NIESTETY, pora wracać. Po sześciogodzinnej jeździe luksusowym autobusem na statek docieramy o świcie. Prawdą jest, że w portach statki i załogi marnieją i mimo egzotyki tego kraju stosujemy się do słów piosenki "Pora w morze nam...". Ląd zostawiamy za rufą, stawiamy żagle i przy temp. 20o C i sile wiatru 3-4o B realizujemy główny cel naszej wyprawy - żeglowanie po wodach Pacyfiku. Podczas pięciodobowego przelotu mamy okazję znowu obcować z naturą. Na kursie napotykamy stada lwów morskich i największą atrakcję oceanicznego pływania - wieloryby! Przy spokojnej wodzie, w odległości około 300 metrów pojawiają się ogromne cielska, wyrzucające co chwilę w górę fontannę. Dla takich chwil warto żeglować, bo cóż może być piękniejszego niż obserwowanie zwierząt w ich naturalnym środowisku?

Andy po raz drugi

Z takimi wrażeniami cumujemy w Matarani, skąd chcemy ponownie pojechać w Andy. Nazajutrz wsiadamy do autobusu. Naszym opiekunem jest policjant w cywilu. Czuję się trochę jak na wycieczce w Związku Radzieckim: turystyka? - proszę bardzo, ale musi być opiekun. Od bramy portu non stop jedziemy w górę. Na wysokości 2325 metrów powyżej poziomu morza dojeżdżamy do Arequipy, drugiego co do wielkości miasta w Peru. Leży u podnóża wulkanu El Misti, który wznosi się na wysokości 5822 m n.p.m. Niezwykły to widok - potężny wulkan (podobno aktywny), a u jego stóp miasto. Większość budynków wzniesiono z białego tufu wulkanicznego, dlatego nazywane jest "białym miastem". Poza miastem - domki wielkości polskich altanek, w kolorze gliniano-ceglastym, a wokół kamienie i piach. Asfaltowa droga również została za nami. Prowadziła z Matarani do Arequipy. Tuż za miastem zaczął się szutrowy, niewyobrażalnie wyboisty trakt, na którym spod kół autobusu i przejeżdżających aut wzbijały się w powietrze ogromne tumany kurzu, niczym na rajdzie Paryż - Dakar. Jedziemy, robimy zdjęcia i nagle na tym dzikim pustkowiu zauważamy lamy, a parę kilometrów dalej, w niewielkim zagłębieniu porośniętym kępami traw - całe stado, pilnowane przez Indiankę, która za fotografowanie chce pieniądze! Cóż, taki tu zwyczaj. Jest taka oryginalna, że po zrobieniu paru zdjęć dajemy jej "co łaska".

JESTEŚMY na wysokości 5000 m n.p.m. Znów brakuje tlenu, mamy zawroty głowy. Kilka gwałtownych ruchów lub szybki marsz na odcinku 20 metrów niemal zwala z nóg. Drugi raz w życiu mam okazję oglądać Andy z tak bliska. Kto by pomyślał! Uczestnik żeglarskiej wyprawy w Andach. Po 6 godzinach jazdy zbliżyliśmy się do Cańón de Colca. Po drodze mijamy Indian w ciepłych ubraniach i nieodzownych "sombrero", prowadzących stadko owiec, mułów i osłów, niejednokrotnie liczące tylko parę sztuk. Idą niespiesznie poboczem drogi do swoich małych domostw. To, co nas otacza, daje wrażenie uczestniczenia na żywo w kolejnym filmie Tony Halika.

Największy wąwóz na świecie

DOJEŻDŻAMY do Cruz del Cóndor. Pod nami największy wąwóz na świecie: 3400 m głębokości! To, co widzimy, robi ogromne wrażenie. Wąwóz ma 100 km długości i aby zobaczyć przynajmniej część, aby wchłonąć jego wielkość lub zejść na dół, trzeba wybrać się tu na parę dni, a my niestety nie mamy czasu... Mimo swej nazwy (Cruz del Cóndor), nie ma tu kondorów. Te największe na świecie ptaki można zobaczyć wczesnym rankiem albo wieczorem. Kanion wyrzeźbiony przez Rio Majes żegnamy w powrotnej drodze, która wiedzie nas do Chivay - wioski, gdzie ten cud natury ma swój początek. Na targu (jak to bywa) targujemy się i kupujemy tutejsze wyroby; zaprzyjaźniamy się z miejscowymi, jemy "tubylcze jadło" i po krótkim, ale intensywnym pobycie wyruszamy w powrotną trasę. Do portu przyjeżdżamy niemiłosiernie wytrzęsieni i makabrycznie zmarznięci, bowiem w Andach temperatura w nocy spada poniżej zera. Większość z 22 godzin wyprawy przesiedzieliśmy na własnych siedzeniach w niezbyt komfortowych warunkach, ale warto było.

W morze wychodzimy po 9 rano. Pogoda plażowa. Wierzyć się nie chce, że to początek grudnia! Siedzimy po manewrach na pokładzie i wygrzewamy się na słońcu jak foki. Płyniemy na południowy zachód, na chilijską wyspę San Felix. Opuściliśmy tym samym Peru, niezwykły kraj z niesamowitą ilością fantastycznych miejsc. Wielu z nich nie udało się zobaczyć, więc może innym razem...

Wojciech Plewnia



 Generuje GazEla