Zamiast wężykiem

26 września 1999

UCZESTNICZYŁEM w harcerskiej imprezie wzięły w niej udział, co nie jest niczym zdumiewającym,_harcerskie poczty sztandarowe. Rzecz zwyczajna, czy więc informacja o pocztach powinna się znaleźć w tych zapiskach? Okazało się, że tak. Nie wiem, czy miałem pecha, a może za blisko tych pocztów stałem. Popatrzyłem sobie na naszych harcerzy nieco uważniej. I co widzę? Jeden ze sztandarów nie ma normalnego drzewca, tylko zwisa ze zwykłej zapałki od namiotu! Żeby to jeszcze był maszt! Ale nie - zapałka. Co jeszcze widzę? Harcerki i harcerze z popodwijanymi rękawami. Po zadziwiającym incydencie na ostatnim Zjeździe ZHP wydawało mi się, że nauczyliśmy się, jakiej długości mamy mieć rękawy... Co dalej? Harcerki (przypominam - w poczcie sztandarowym, a nie na biwaku) w spodniach. Obuwie - różnorodne. Naprawdę, gdy patrzyłem na tych kilka sztandarów, ogarnął mnie smutek. Co się dzieje z naszą organizacją. Lepiej by było, gdyby był jeden poczet, a wyglądający właściwie, a nie kilka beznadziejnych.

29 września 1999

SMUTNA uroczystość - pogrzeb hm. Jerzego Kaczorowskiego. Jurka nie znałem długo. Nie spotykaliśmy się przed laty na harcerskich szlakach. On w Łodzi, ja w Warszawie. Ale gdy został szefem Załęcza, widywaliśmy się dość często, a po jakimś czasie, gdy został moim zastępcą w Harcerskim Biurze Wydawniczym - pracowaliśmy ze sobą na co dzień. Po niedługim czasie ja przejąłem kierowanie redakcją "Czuwaj", a Jurek awansował na funkcję szefa HBW - wydawcę naszego harcerskiego miesięcznika. Nadal więc pracowaliśmy razem.

JUREK zmarł niespodziewanie - nigdy nie chorował. Był człowiekiem, który całe życie poświęcił dzieciom i który nagle, znienacka swych planów nie mógł już więcej zrealizować. Pięknie na spotkaniu w komendzie chorągwi po pogrzebie snuła refleksje żona Jurka - hm. Jadzia Kaczorowska. - Czy warto było tak żyć? Żyć dla innych, nie dla siebie? - zapytała duże grono instruktorów. I sama odpowiedziała na to pytanie: - Tak, na pewno warto. Warto, gdyż jego życiem była służba - na pewno trudna i na pewno bardzo wdzięczna. - I rzuciła Jadzia w naszą stronę, a było nas koło setki harcerskich instruktorów, jedno ważne przesłanie dotyczące nas wszystkich: - Jurek spotykał się z ludźmi, miał jeszcze tyle do zrobienia... Każdy z nas może być w takiej samej sytuacji. Pamiętajmy więc, że każde spotkanie, które planujemy, powinno odbyć się jak najszybciej. Bo już jutro albo pojutrze możemy się nie spotkać...

2 października 1999

PIĘKNA pogoda. Anna Michalina zaprosiła mnie na zakończenie gry, którą zorganizowała dla trzydzieściorga uczniów pierwszych klas jednego z warszawskich gimnazjów. Laski i piaski w okolicach Warszawy są znakomitym miejscem, gdzie można godzinami bawić się z 13-latkami. Anna Michalina będzie prowadzić drużynę gimnazjalną i jest to forma werbunku, ale ja "gość honorowy" patrzę bacznie, jak sobie druhna drużynowa radzi. Fakt, Anna Michalina prowadziła już w ubiegłym roku drużynę harcerską, ale w jej szczepie zdecydowano, iż warto założyć kolejną drużynę w nowym wszak gimnazjum. Dla Anny Michaliny dzisiejsza gra ma jeszcze jeden wymiar - to jedno z zadań na zdobywany przez nią stopień przewodniczki. Dlatego moja obecność nie jest przypadkowa. Jestem opiekunem jej próby i już niedługo czeka nas sumowanie zdobywania stopnia.

11 października 1999

O pracy komisji stopni instruktorskich krążą w każdym środowisku różne wieści. Zazwyczaj komisje są postrzegane jako grona strasznych harcmistrzów (i harcmistrzyń też), którzy z sadystycznym zacięciem znęcają się nad delikwentami chcącymi zdobyć kolejny stopień. Dziś przyszła pora, abym zmierzył się oko w oko z naszą chorągwianą komisją stopni instruktorskich. Nie, nie zdobywam kolejnego stopnia. Uczestniczę w rozmowie Ewy - mojej podopiecznej - prezentującej komisji realizację dotychczasowych zadań na stopień harcmistrzyni. I co? Ano właśnie. Komisja, o której działaniu i stylu pracy opowiadano nieprawdopodobne historie, jest normalna. Normalna, to znaczy miła, przychylna osobie zdobywającej stopień, uśmiechnięta, chcąca nawiązać przyjacielski kontakt. Ewa - co by nie powiedzieć, dorosła instruktorka - szła na rozmowę z duszą na ramieniu. Gdzieś w połowie posiedzenia nieco odtajała. Nawet i udało jej się ze dwa razy uśmiechnąć. Cóż. Za półtora miesiąca po długiej, bardzo długiej realizacji próby Ewa wreszcie otrzyma czerwoną podkładkę pod krzyż harcerski. Cieszę się bardzo. I może jeszcze z tego, że mam okazję napisać tych kilka słów o naszej komisji stopni.

18 października

WRÓCILIŚMY z Misią z Grodna. Jak co roku na jesieni spotykają się harcerze na Białorusi, by podsumować lato i omówić plany na najbliższy rok. Jak co roku zastanawiamy się - jest lepiej czy gorzej... Tym razem lato było skromniutkie. Niewiele drużyn wyjechało na obozy do Polski, ale po raz pierwszy dwa środowiska zorganizowały obozy na Białorusi. Może za rok będzie ich więcej. Białoruś jest biednym państwem, ZHP na Białorusi jest skromną, choć ponadtysięczną organizacją. Niestety, do tej pory nie przerejestrowaną przez Ministerstwo Sprawiedliwości Republiki Białoruś. Harcerstwu w tym państwie grozi rozpad. A jest się co rozpadać. Na niedzielnej zbiórce byli przedstawiciele 27 drużyn harcerskich i 8 gromad zuchowych. To wiele, to bardzo wiele. I żal by było, gdyby władze zakazały działalności ZHPnB. Tu, w tych notatkach nie będę rozwijał tego tematu, może czeka mnie jeszcze napisanie większego artykułu.

23 października

ZJAZD mojego hufca - nie poszedłem.

1 listopada

SPRZEDAŻ zniczy. Zysk niewielki. To nie te czasy, gdy na rynku brakowało wszystkiego, także zniczy. Wówczas przepływały przez nasze harcerskie ręce bardzo duże pieniądze, także prowadzony przeze mnie szczep miał ogromne zyski. Dziś obserwuję sprzedaż w znajomej drużynie. Choć czynią to sprawniej niż inne osoby handlujące tym samym towarem, konkurencja jest tak duża, że zysku wielkiego mieć nie sposób. Jaka to jednak znakomita szkoła życia! Ktoś im kradnie kilka zniczy, ktoś wciska fałszywą 100-złotówkę (to doświadczenie sprzed roku), muszą formalnie załatwić zgodę na sprzedaż (pewnie handlują jako jedyni zgodnie z prawem w promieniu kilku kilometrów), zgrać dowożenia, przewożenie, kupowanie w hurtowni, oczywiście dyżury samych sprzedających, liczenie gotówki, wydawanie, ustalanie cen (jak tu się połapać w całym asortymencie?) itd., itd. I na dodatek dyskusja (mało parlamentarna) z panem sprzedającym kilka metrów dalej na temat zaniżania przez harcerzy cen. Znakomita szkoła życia. Tak sobie myślę, że nawet jeśliby nie zarobili ani złotówki (byle by nie było manka), to cała ta akcja jest i tak dla drużyny opłacalna.

1 listopada (wieczór)

SPACER po wojskowych Powązkach. Płoną setki zniczy. Zapalam znicz na grobie druha Mirowskiego. Przy pobliskim grobie druha i druhny Kamińskich ściana ognia. Przy pomniku-ścianie Batalionu "Zośka" - jeszcze większa. Zatrzymują się w tym miejscu grupki młodzieży. Harcerze to czy nieharcerze? Bez mundurów, bez rogatywek. A nie są to typowe wycieczki szkolne. Piękny, ciepły wieczór - prawie noc. Ileż refleksji może wzbudzić ta godzina na cmentarzu będącym jednym z naszych najważniejszych sanktuariów narodowych.

hm. Adam Czetwertyński



 Generuje GazEla