W poprzedniej części rozważań o harcerstwie niedoskonałym hm. Anita Regucka-Kwaśnik, wyciągając wnioski ze spotkań i rozmów ze znajomymi skautami, pisała o zaniku w ZHP pracy zastępami. Dziś ciąg dalszy.

Harcerstwo niedoskonałe (cz. 2)

PODCZAS planowania jednego dnia na hipotetycznym kursie drużynowych, w dodatku dnia poświęconego wartościom i rozwojowi duchowemu, portugalska instruktorka proponuje, by bieg patrolowy po punktach prawa zakończyć wspólnie przygotowanym posiłkiem, również w plenerze. Bo nic tak nie spaja grupy i nie wprowadza atmosfery współpracy, jak przygotowywanie jedzenia - o czymś trzeba porozmawiać podczas krojenia, układania i mieszania. Trzeba uwzględnić wszystkie gusty, potrzeby, umiejętności i możliwości. I samo jedzenie jest wtedy przyjemniejsze! Potem proponuje pójść na jakąś górę, pośpiewać i obejrzeć zachód słońca. A ja uświadamiam sobie, że to jest kurs bez ani jednej kartki papieru!

NO oczywiście - przecież dla drużynowego nie najważniejsze jest wysłuchać określonej liczby wykładów, ale

przeżyć na własnej skórze

to, co ma potem proponować swoim podopiecznym. Zaobserwowałam w kształceniu niebezpieczne zjawisko - rozmijanie się programu kursów z potrzebami uczestników. Bo jak inaczej nazwać sytuację, gdy kadra kładzie nacisk na psychologię, skuteczną komunikację, twórcze myślenie, spotkania z ciekawymi ludźmi spoza Związku, sprawy zaś metody, metodyki, form pracy, technik są przedstawiane w formie skrótowego, porządkującego wykładu lub nawet pozostawiane do samodzielnego uzupełnienia. A tymczasem uczestnicy są zupełnie zieloni - nigdy nie byli na biwaku, nie potrafią czytać mapy, posługiwać się sprzętem pionierskim, nigdy nie zdobyli żadnego stopnia. Teraz ktoś powie - to wina złej rekrutacji! Technik się uczy na kursie zastępowych! Może, ale sprawę zastępów już omówiliśmy miesiąc temu... A co, jeśli nie ma szans na lepszych uczestników? Gdy środowisko jest "raczkujące"? Nie kształcić?

Z drugiej strony - rozumiem takiego komendanta kursu. Prowadzi je jeden za drugim i chciałby też coś z tego mieć. Chciałby znaleźć coś ciekawego dla siebie - nowy temat, nową formę, nowe ujęcie. Jeśli zdarzą się raz mocniejsi uczestnicy, to przygotowując program następnego kursu chce pójść o krok dalej. A tymczasem zapotrzebowanie na kształcenie podharcmistrzowskie jest mniejsze i trzeba znowu uruchomić kurs przewodnikowski.

TAK samo zresztą w drużynie - nie jest łatwo po roku czy dwóch pracy z wygami, którzy już wszystko potrafią, przestawić się z powrotem na poziom dla początkujących. A nie ma chyba gorszej rzeczy niż drużynowy znudzony tym, co sam robi. Natomiast kształcenie prowadzą często instruktorzy, którzy "wyrośli" z bycia drużynowymi i szukają czegoś jeszcze bardziej rozwijającego. To chyba wszyscy wiedzą - nawet najlepsi drużynowi

kiedyś czują się zmęczeni

i jeśli nie podejmą drogi "naturalnego awansu" i nie znajdą czegoś dla siebie w szczepie, w hufcu, to z mniej lub bardziej ciężkim sercem odchodzą z organizacji. Chcą robić to, do czego nie wystarcza drużyna, chcą pracować z ludźmi, z którymi nie trzeba zaczynać rozmowy od tłumaczenia podstaw, z którymi można od razu przechodzić do rzeczy, przy których nie odczuwa się takiej różnicy wieku i doświadczeń.

I tu kółko się zamyka. Doświadczony instruktor prowadzący kształcenie dokonuje przez lata twórczych poszukiwań, znajduje od czasu do czasu perełki - nowe tematy, nowe formy. Radośnie przekazuje młodszym - kolejnym kursantom - te efekty, chcąc urozmaicić ich warsztat. Gdy trafi na nowicjuszy, którzy nie znają innego, "tradycyjnego" harcerstwa lub znają je w niewielkim stopniu, to wtedy te urozmaicenia stają się dla nich normą, stają się wizją ich harcerstwa. Niestety, z samych perełek nie sposób budować programu drużyny, dlatego z kolei następni, przez nich wychowani, po pewnym czasie szukają urozmaiceń do urozmaiceń, i tak instruktorzy zaczynają mówić zupełnie innym językiem, używać innych pojęć, a także życie ich drużyn wygląda zupełnie inaczej.

MOŻNA powiedzieć, że to naturalny proces - cała ludzkość się rozwija, a my wraz z nią. Nie myślę tu jednak o oczywistej różnicy w pojmowaniu świata przez sześćdziesięciolatków i siedemnastoletnich drużynowych. Mam przed oczami te nieduże hufce, w których z różnych przyczyn zabrakło nagle tej części starszej kadry, która w pewnym sensie jest strażnikiem tradycji i aktywni są w nich tylko młodzi wiekiem i stażem instruktorzy. Próbują oni samodzielnie, ale trochę po omacku budować swoją wspólnotę. Rodzice, nauczyciele kończą swe oddziaływanie po kilkunastu latach, harcerz starszy może już po 2-3 latach z roli biernego uczestnika zmienić się w wychowawcę. Realizowane reformy szkolnictwa (programowe i organizacyjne) zdarzają się raz na dziesięciolecie, reformatorzy harcerstwa rodzą się na kamieniu. Ileż to razy absolwent kursu drużynowych po roku, dwóch, z braku kadry kształcącej wchodzi do zespołu przygotowującego następny taki kurs. W efekcie dostajemy teoretyków, którzy

nie zdążyli odbyć stażu

na funkcji w drużynie, a już uczą innych. Niektórzy może zazgrzytają zębami, ale po spotkaniu kilku takich "fachowców" podpisuję się obiema rękami pod regulaminem odznak kadry kształcącej. Wymuszają one na różne sposoby rozłożenie w czasie rozwoju instruktora, zanim weźmie się on za kształcenie.

ALE może nie mam racji? Może tak ma być - zamiast zżymać się na odmienność zainteresowań nastolatków powinniśmy pomóc młodszym zmienić program harcerskich drużyn na taki, który bardziej im odpowiada, uwolnić je od tradycyjnych, ale przestarzałych zajęć? Po co uczyć obozownictwa, skoro większość obozów odbywa się w stałych bazach i pionierka jest tylko "kwiatkiem do kożucha"? Po co zamęczać terenoznawstwem, jeśli harcerze coraz rzadziej gdzieś wyjeżdżają - najczęściej z powodu kosztów przejazdu i braku wolnych weekendów. Znaki patrolowe i alfabet MorseŐa? Jak się to ma do współczesnej techniki? Historia - jakie to szkolne... A idee i wartości - niepraktyczne. Śpiewanie przy świecach, gdy świat nastolatków jest zdominowany przez rap i muzykę techno - równie anachroniczne, jak taniec towarzyski w dyskotece. Więc czym powinni się zajmować harcerze? Czego powinniśmy uczyć naszych kursantów?

J widzę długą listę - komputery, Internet, umiejętność autoprezentacji, jazda na desce, na rolkach, na górskim rowerze, prowadzenie samochodu, języki obce, savoir-vivre używania telefonu komórkowego... Zanim zaczniemy przygotowywać

unowocześniony, zreformowany program

kursu, popatrzmy na harcerstwo z trochę innej strony. Może nie należy rozpatrywać wszystkich starych technik naraz i kwalifikować je od razu do harcerskiego skansenu, ale spróbować dostrzec w każdej z nich odpowiedź na wyzwania współczesności? Odpowiedź na potrzeby naszego otoczenia. Patrząc na Europę Zachodnią możemy wnioskować, że świat XXI wieku to świat świadomości ekologicznej, mody na powrót do natury, w którym umiejętność orientowania się w terenie robi furorę (oderwane od telewizorów mieszczuchy potrzebują przecież w lesie opieki). To świat skróconych dystansów i łatwych podróży w obce, nieznane miejsca. To czas, gdy usługi wypierają bezmyślną produkcję, usługi - od zajmowania się dziećmi, przez biura podróży, po przystrajanie mieszkań na święta. To czas, gdy poszukiwani są ludzie aktywni, z refleksem, z inicjatywą, potrafiący radzić sobie za granicą, potrafiący kierować zespołem. Ludzie, na których można polegać, którzy są rzetelnymi fachowcami. I niech każdy sam odpowie na pytanie, czy pasuje do tego świata dobrze i mądrze wychowany harcerz. Harcerz wyposażony w  praktyczne umiejętności, który nie tylko wie, ale też potrafi swą wiedzę zastosować. Harcerz, którego drużynowy wie, jak zrobić terenową grę wojenną, ale też pamięta, po co i czego chce w ten sposób nauczyć. I takich drużynowych nam potrzeba, takich instruktorów powinniśmy kształcić.

NA zakończenie - zaskoczenie. Panuje wśród harcerzy, szczególnie tych konserwatywnych, opinia, że skauting, zwłaszcza w Europie Zachodniej, odszedł od swoich źródeł. Że skauci mają mnóstwo pieniędzy, że mają super nowoczesny sprzęt, zajmują się tylko elitarnymi sportami i komputerami. Tymczasem, będąc gościem na niemieckim odpowiedniku Jamboree, widziałam, że ci właśnie skauci śpią i jedzą w tak pionierskich warunkach, przy których nasze obozy to szczyt cywilizacji i wygodnictwa. Atrakcjami programowymi jest gotowanie na własnoręcznie zbudowanych kuchniach na energię słoneczną, własnoręczne wykonywanie zabawek, ozdób i praktycznych drobiazgów, krótkofalarstwo, szanty, gry zespołowe. A największym hitem na takich zlotach jest hajk, czyli samodzielna wędrówka zastępów, podczas której trzeba się wykazać zaradnością, inicjatywą i praktyczną znajomością harcerskich technik. Zupełnie jak u nas.

hm. Anita Regucka-Kwaśnik



 Generuje GazEla