"Zawiszą Czarnym" na koniec świata (4)

Isla Robinson Crusoe (Chile)

PO pięciu dobach żeglugi docieramy do Isla San Felix, która okazuje się niedostępna, bo w całości zmilitaryzowana. Co robić? Parę zdjęć i płyniemy dalej. Wieje 5oB żegluga i po kolejnych czterech dobach kotwiczymy przy Isla Robinson Crusoe w Archipelagu Juan Fernandez.

MIELIŚMY zamiar stać tu dwie doby, ale już po pierwszym rekonesansie i poznaniu niezwykle serdecznych mieszkańców (wszystkiego 560 dusz), szybko pada decyzja o przedłużeniu postoju. Tutaj przygotujemy statek do spotkania z przylądkiem Horn. Będziemy też mieli możliwość zakosztować wyspiarskiego życia. W 1704 roku wylądował tu Szkot Alexandro Selkirk i w całkowitej samotności, przystosowując się do trudnych warunków, przeżył cztery lata! Niesamowita historia! Trudno się dziwić, że Daniel Defoe zainspirowany jego życiem napisał Robinsona Crusoe.

OD rana prace pokładowe. Moja wachta wymienia sztafoka i grotsztaksla przy okazji remontując bomy tych żagli. Wspólnie z chiefem wymieniam sztag bomkliwra. Mordujemy się cały dzień. Przez ten czas wchodzę na bukszpryt chyba pięćset razy. Każde narzędzie, każdą szeklę czy inny "duperel" trzeba przynieść, przywiązać, a potem odnieść, bo nie ma miejsca.

Nocleg wśród tropików

WIECZOREM wychodzimy z Jachem na wędrówkę po wyspie z zamiarem dotarcia na jej drugi koniec. Już po zmroku wspinamy się po zboczu pasma górskiego odgradzającego resztę wyspy od zatoczki, w której kotwiczymy. Około północy wybieramy noclegownię wśród tropikalnej roślinności, pakujemy się w śpiwory i niewzruszeni ewentualnym spotkaniem z wężami, zasypiamy kamiennym snem pod rozłożystymi liśćmi potężnej paproci. Wczesnym rankiem, przy wschodzącym słońcu wędrujemy dalej. Po półtoragodzinnym, forsownym marszu docieramy do Mirador Alejandro Selkirk - przełęczy, przez którą wije się jedyna ścieżka na drugą stronę tego skrawka lądu. Ale widok! Z jednej strony zatoka iskrząca się w porannym słońcu srebrną łuską, a z drugiej opadające zbocza, wijące się daleko na południe.

PO odpoczynku idziemy dalej, przedzierając się co rusz przez bujną roślinność.

Marzenia o kawie i coca-coli

- Jak dojdziemy do końca, to może napijemy się gdzieś kawy? - Jachu pyta retorycznie. Idę z tyłu i tylko się uśmiecham. Oczywiście, że się napijemy. To zupełnie naturalne, że na pustkowiu tak po prostu wyłoni się kawiarenka... Chwilę później słyszę:

- Czuję, że tam będzie stał landrover i uda się go wynająć.

TYM razem nie wytrzymałem: - Tak, pewnie się jeszcze coca-coli napijemy! Przestań już wymyślać, w filmie grasz czy co?

PO pięciu godzinach marszu w kompletnie różnym terenie (wyspa ma 22 kilometry długości i... cztery strefy klimatyczne!) docieramy do... lotniska! Wiedziałem, że jest, ale byłem przekonany, że w innej części wyspy. Jeden szutrowy pas startowy dla małych samolotów, dwa baraki, koparka, spychacz, beczki po paliwie i... landrover!

- A nie mówiłem! Jest! I pewnie można go wynająć - Jachu nie mógł się nacieszyć, a ja z niedowierzaniem kręciłem głową.

PODCHODZIMY do zabudowań. Nikogo nie ma. Całość sprawia wrażenie "Bazy ludzi umarłych". Na drewnianym stole przed otwartym barakiem leży lornetka. Wewnątrz, na piętrowych, zbitych z desek pryczach widać jakieś ciuchy. Ktoś w takim razie tu przebywa, ale nie wiadomo, gdzie jest. I nagle z niby pustego baraku wychodzi facet.

- Zjecie coś? - pyta jak gdyby nigdy nic.

- Tak - odpowiadamy kompletnie zaskoczeni. - A kawę dostaniemy?

- Jasne, już robię.

Stoliczku nakryj się

ONIEMIELIŚMY z wrażenia. Rozmawia z nami, jakbyśmy tu mieszkali od lat i właśnie wrócili z pracy! Chwilę później jemy zająca popijając kawą. Gratis. Ot, przyszli wędrowcy, to trzeba ich nakarmić i napoić... W trakcie posiłku nie wiadomo skąd pojawiają się kolejni mieszkańcy. Podczas rozmowy pytamy o możliwość podjechania jeepem pod przełęcz. Nie ma problemu. Wstępnie się umawiamy i idziemy na skraj wyspy - do celu naszej podróży. Kwadrans marszu i stajemy na cyplu. Przed nami nieopodal bezludna Isla Santa Clara i... nic więcej! W tym kierunku na naszym globie jest już tylko bezkresny ocean. To fantastyczne uczucie znaleźć się dosłownie na końcu świata! Napawamy się widokami i wracamy do bazy, gdzie na stole stoi... coca-cola! Gęba mi się rozdziawiła z niedowierzania. To, co wydawało mi się niemożliwe, przybrało rzeczywisty wymiar. Rozmawiamy jeszcze chwilę z "tubylcami" (niezwykle serdeczni ludzie) i pakujemy się do auta. Tuż przed odjazdem kierowca informuje nas, że pojedziemy 36 minut. Tere fere! A niby dlaczego nie 40 albo 47 minut? Przecież to kilkanaście kilometrów bezdroży. Traktujemy to z przymrużeniem oka. Jedziemy. Z drogi uciekają zające. Kierowca kilka razy zmienia napęd na cztery, to znów na dwa koła. Mijamy sto pagórków i wzniesień, zakrętów i zjazdów i dojeżdżamy do miejsca, w którym kończy się droga. Z ciekawości spoglądam na zegarek. Jechaliśmy... 36 minut! To prawie niemożliwe, a jednak prawdziwe. Do tego zamiast żądania zapłaty... uścisnęli nam dłonie i złożyli życzenia dobrej drogi. Co za naród!

Wrażeń na pół życia

NA "Selkirka" wspinamy się ostatkiem sił. Po odpoczynku schodzimy w dół i wracamy na pokład statku. Mam wrażenie, jakbyśmy na naszą "robinsonadę" wyszli tydzień temu, a nie wczoraj. Przeżyć i pozytywnych emocji niejednemu wystarczyłoby na pół życia!

NAZAJUTRZ podnosimy kotwicę, stawiamy komplet żagli i żegnani przez mieszkańców odpływamy w kierunku Valparaiso. Tam w czasie 18 dni postoju spędzimy święta Bożego Narodzenia (w temperaturze +28 oC!), powitamy Nowy Rok (jeden z największych na świecie pokazów sztucznych ogni), zwiedzimy miasto z żeglarskimi tradycjami (stąd do Europy wokół przylądka Horn żaglowce woziły saletrę), pojedziemy na Jamboree (35 000 skautów ze 130 krajów), nawiążemy nowe przyjaźnie, wymienimy załogę, zaprowiantujemy statek, zatankujemy paliwo, wodę i wyruszymy w najważniejszy etap rejsu - wokół przylądka Horn. Czy wytrzymamy żeglugę w skrajnych warunkach? Czy nasza dzielna "Zawiszka" nadal będzie szczęśliwym żaglowcem? W miejscu spotkania Pacyfiku z Atlantykiem sztormowe wiatry występują przez około 300 dni w roku. Niepewność połączona z informacjami i opisami tych, którzy wokół przylądka płynęli, daje mieszankę pytań, wątpliwości, lęku, ale i chęci przeżycia czegoś niezwykłego. To miejsce, ten osławiony skrawek skały na końcu świata, będący największym cmentarzyskiem żaglowców, musi działać na wyobraźnię i tylko nieświadomy niczego bądź po prostu głupi może mówić, że się nie boi. Rzecz jasna, nie jest to strach paraliżujący, niemniej w chwilach, kiedy myślę o tym, co nas może spotkać, odczuwam ucisk w dołku. Marzyłem o tym rejsie, udało się wypłynąć, więc zobaczę i - mam nadzieję - przeżyję żeglugę wokół Hornu...

Wojciech Plewnia



 Generuje GazEla