Czuwaj

2/2001

 Poprzedni numer  Strona nadrzędna  Następny numer


Napisz do nas:
czuwaj@zhp.org.pl
MEKSYKAŃSKIE IMPRESJE

KIERUNEK JUKATAN

POBYT w światowym ośrodku w Nuestra CabaEa to przede wszystkim praca i służba. Biorąc pod uwagę panujące w ośrodku stosunki, wielki kult dla konserwatywnych rozwiązań i niewielką tolerancję dla cudzego zdania i odmienności, mogę zaryzykować stwierdzenie, że nie każdy potrafi się w tym odnaleźć. Na szczęście ośrodek znajduje się w Meksyku - ogromnym kraju pełnym różnorodności i kontrastów, no i oczywiście niespodzianek. Moja dusza obieżyświata często przypominała sobie, dlaczego się w Meksyku znalazła, co nie przeszkodziło jej jednak wyciągać mnie od czasu do czasu na miniwędrówki w poszukiwaniu tajemnic i magii nieznanego lądu.

- Za 20 minut lądujemy na lotnisku w Meksyku... - usłyszałam w zupełnie obcym mi języku. Znaczenia mogłam się raczej domyślić, aczkolwiek nie zaintrygowało mnie to tak bardzo, jak sam fakt, że już za chwilę postawię nogę na nieznanym kontynencie, no i wreszcie po trzech miesiącach zobaczę moją stęsknioną już przecież tak bardzo siostrę...

KINGA przyjechała pod koniec sierpnia z nadzieją, że wyrwie mnie na jakąś dłuższą wyprawę. W czasie pracy w CabaEa udało mi się zobaczyć Monte Alban koło Oaxaca, Acapulco, Xochicalco, Amecameca (u stóp wulkanu Popocatepetl), "ceramiczną" Pueblę, no i Taxco - moje ulubione miasto, o czym już wspominałam we wcześniejszych odcinkach. Tym razem miałyśmy pełne dwa tygodnie na błyskawiczną "rundkę" i zobaczenie najbardziej interesujących z punktu widzenia moich międzynarodowych studiów miejsc i obiektów, o których piszę pracę.

SŁONECZKO świeciło bardzo mocno i być może nawet bym się trochę zarumieniła, gdyby nie to, że Olka ciągle kazała mi się ubierać i zakładać ciemne okulary. Aby się zaaklimatyzować, spędziłyśmy kilka dni w mieście Meksyk leżącym przecież na wysokości - bagatelka - około 2100 m n.p.m. Następnym krokiem było oczywiście rozejrzenie się po okolicy w poszukiwaniu najbardziej znanych miejsc i budowli w drugim co do wielkości mieście na świecie (prawie 30 mln mieszkańców).

ZANIM wybrałyśmy się w podróż, budząc zgrozę wśród pozostałych guidek, bo kto to słyszał, żeby podejmować takie odważne inicjatywy, musiałam jeszcze uroczyście zakończyć swoją intrygująco-zajmująco-fascynującą pracę w Centrum Światowym WAGGGS-u.

PIERWSZE KOTY ZA MEKSYKAŃSKIE PŁOTY

PO poznaniu najbliższej okolicy zostałam pewnego dnia pozostawiona na pastwę losu lub raczej na pastwę wiary w to, że sobie poradzę w tym wielkim mieście. Bałam się potwornie, co tu dużo kryć. Ale starałam się stosować do wskazówek udzielonych mi przez siostrzyczkę i okazało się - dałam sobie radę! Dostałam do ręki mapę miasta, przewodnik i kilka "złotych" (pesos) na drobne wydatki, jak to się ładnie nazywa i wyruszyłam prosto przed siebie. W pas pokłoniła mi się główna ulica Paseo de la Reforma... i jeszcze kilka innych miejsc, które napotkałam przypadkiem lub nie całkiem przypadkiem. Poza tym byłam już umówiona ze znajomymi Olki, którzy mieli się mną "zająć" do końca sierpnia, kiedy to miała się zacząć nasza dwutygodniowa podróż w nieznane.

ZEBRAŁO się poważne grono znajomych naszych znajomych (młodzież z różnych krajów - o dziwo, głównie europejskich) i w naszym letnim domku nastała istna Wieża Babel. Wszelkie rozmowy prowadziliśmy jednak po angielsku zakładając, że jest to język, który wszyscy mniej więcej znamy. Wieczorne kominki (tu przydała się praktyka rozpalania ognia), rozmaite zwariowane pomysły w środku nocy i takie bycie po prostu, które każdemu z nas odpowiadało.

KIEDY 1 września moi koledzy i koleżanki pakowali się do szkoły, ja zaczynałam najlepszą część mojej letniej eskapady. Naszym zamierzeniem było dotarcie do południowej części Meksyku - na słynny półwysep Jukatan. Olka chciała zobaczyć stanowiska archeologiczne. Tłumaczyła, że głównie te najsłynniejsze, które naprawdę warto zwiedzić. Oczywiście nie protestowałam. Wyobraźcie sobie, że patrzycie na ruiny jakieś wioski-miasteczka, na domy odległej, wręcz starożytnej, społeczności. Dla mnie było to coś zupełnie nowego - będąc w tak egzotycznym kraju poznaje się kulturę, inny sposób spędzania wolnego czasu i ciekawe rozwiązania kulturowo-społeczne.

ATLANTY WYSOKOŚCI WOJSKOWEJ "DZIESIĄTKI"

NA początek Tula (dawniej Tollan) w stanie Hidalgo na północ od stolicy. Dość spektakularne miejsce - najważniejsze miasto Tolteków, będące w latach 900-1200 wielkim ośrodkiem kultowym i centrum politycznym. Po upadku Teotihuacan i przed powstaniem Tenochtitlan (miasta Meksyk) przeżywało swój okres świetności. Tym jednak, co skłania turystów do odwiedzenia Tula de Allende, jest grupa atlantów (o wysokości 4,6 m każdy) stojących na szczycie piramidy Gwiazdy Porannej, które wraz z kamiennym wężem podtrzymywały rzeźbiony strop świątyni.

NIEKTÓRZY doszukują się w Tuli wpływów Majów i podobieństwa do kultowego Chichen Itza. Nas jednak zwalił z nóg ogrom niezwykle precyzyjnie wykonanych i doskonale zachowanych rzeźb oraz widok dywanu z kaktusów (jadalnych opuncji) rozciągający się ze szczytu piramidy po horyzont.

CI, KTÓRZY LATAJĄ...

STANOWISKIEM archeologicznym, które mnie wręcz zachwyciło, było El Tajin. Jeśli ma się ze sobą dobry przewodnik, można dowiedzieć się naprawdę ciekawych rzeczy... Między innymi, że było to niegdyś centrum kulturalne Totonaków, rozwijające się bardzo prężnie w okresie poklasycznym (w latach 900-1150), nad którym duchową opiekę sprawował bóg gromu i deszczu Tajin. Najbardziej znaną wśród wielu piramid tego unikalnego miejsca jest Piramida Nisz, będąca "żywym" kalendarzem - 365 nisz, dwanaście poziomów i 52 stopnie.

EL Tajin rozsławili także na świecie Los Voladores (ci którzy latają). Tradycja mówi, a praktyka do dziś pokazuje, kto zacz - grupa pięciu śmiałków, z których czterech spuszcza się z 30-metrowego słupa głową w dół w rytm mauretańskiej muzyki, oddając tym samym cześć bogom i zaklinając deszcz.

PRZY okazji napawasz się niecodziennym widokiem wzniosłych zabudowań muzeum. Oczywiście, jeśli ten widok rzeczywiście nie jest codzienny. Gorzej, jeśli staje się pewnym rytuałem obowiązującym każdego dnia. Ale o tym później.

TO NIE ŻADNA WANILINA

Z El Tajin trafiłyśmy do słynącej z wyrobu wanilii Papantli, gdzie po raz pierwszy zaproponowałam Kindze coś naprawdę meksykańskiego - pikantne tostadas z kozim serem, kurczakiem i naturalnie z fasolą oraz flautas/tacos - rolowane tortille z wołowiną i sałatą.

WIĘKSZOŚĆ meksykańskich dań opiera się na przygotowanych z mąki pszennej lub kukurydzianej plackach - tortillach (białych i niebieskich), które można smażyć, piec, wędzić i nawet gotować podając z różnymi pikantnymi (i BARDZO pikantnymi sosami), co składa się na barwny obraz meksykańskiej kuchni. Nie na wszystko zgadzają się niektóre europejskie podniebienia, ale zdarzały się wśród miejscowych potraw pyszności: tamales - zawinięte w kukurydziane liście kawałki kurczaka w kukurydzianej masie; rozmaite mole (poblano) - drób w tradycyjnym pikantnym sosie z odrobiną gorzkiej czekolady, arroz a la Mexicana (ryż barwiony na pomarańczowo curry z chili z warzywami), enchiladas z farszem serowo-cebulowym z sosem czy quesadillas z serem.

PODSTAWOWYM źródłem białka w Meksyku jest fasola podawana zazwyczaj w ten sam sposób - jako mało apetyczna ciemna papka łagodząca smak co bardziej pikantnych przypraw. Tajemnicą meksykańskiej kuchni nie są same dania, a sosy z głównym składnikiem - małą i ostrą papryczką chili, którą w nieprzebranych ilościach można znaleźć na każdym targu ulicznym. Ulice żyją, pachną jedzeniem, na ulicach się smaży, przyprawia, piecze i serwuje rozmaite dania, nie zawsze zachęcające, ale co kraj, to obyczaj. Warto dodać, że niektóre potrawy powszechnie uważane za meksykańskie - burritoss, fajitas, tacos i nachos - zostały faktycznie wymyślone w Stanach Zjednoczonych.

JEŚLI NIE OXFORD, TO CO...

DZIĘKI szybkim rozwiązaniom transportowym dotarłyśmy do Cardelu, a stamtąd do Xalapy.

MIAŁYŚMY różne przygody na kolejnych dworcach autobusowych, np. wchodzenie, a wręcz wbieganie, do już prawie odjeżdżającego pojazdu, dosadna wymiana zdań po "hebrajsku", jak ja to ładnie nazywam, czy bezradne wobec naszej beztroskiej postawy urzędniczki.

XALAPA/ Jalapa jest stolicą stanu Veracruz, sławną dzięki swojemu uniwersytetowi. Naukowa atmosfera towarzyszy nam wszędzie - zabiegani studenci, ciche parkowe ławeczki, zamyśleni profesorowie, a jednocześnie dużo urokliwych zakątków, trochę jakby sztucznych, niekiedy "plastikowych", nierealnych dekoracji i wystaw tuż obok bardzo wytwornych i zabytkowych budowli w stylu kolonialnym. W Jalapie znajduje się drugie po Meksyku pod względem wielkości i bogactwa zbiorów Muzeum Antropologiczne. Tu właśnie znajdują się ekspozycje prezentujące elementy cywilizacji Olmeków, środkowego Veracruz, kultury Totonaków.

NAJBARDZIEJ znanym eksponatem jest El Rey - największa z eksponowanych w muzeum olmecka głowa - ważąca ponad 20 ton. Do rarytasów należy też figura boga Tlaloca, uśmiechnięta figurka z Veracruz, Los Gemelos (bliźniaki). Z dużym zdziwieniem zauważyłyśmy, że w ogromnym muzeum byłyśmy jedynymi gośćmi. Ciekawe, bo wydawałoby się, że bliskość uniwersytetu powinna powodować duże zainteresowanie eksponatami muzeum, no ale wiadomo - cudze chwalicie - swego nie znacie...

Co zaświadczają

Ola i Kinga Filińskie



 Generuje GazEla