Czuwaj

4-5/2001

 Poprzedni numer  Strona nadrzędna  Następny numer


Napisz do nas:
czuwaj@zhp.org.pl
PATRZĄC SZEROKO

Jackowi do sztambucha

Pamięć ludzka jest rzeczą wyjątkowo ułomną, a już po czterdziestce to chyba jeszcze bardziej... Gdy wpadł mi do głowy tytuł tego tekstu, natychmiast skojarzyłem, że już komuś coś do sztambucha pisałem. I zupełnie nie mogę sobie przypomnieć, kiedy i komu. A przecież szanującemu się felietoniście (że przysługuje mi miano felietonisty, dowiedziałem się na ostatnim spotkaniu redakcji "Czuwaj") nie wypada prezentować mizerii koncepcyjnej i powtarzać pomysłów tytułów. Ale z drugiej strony ten tytuł bardzo mi tu pasuje i żal mi go zastąpić innym, nie ukazującym w pełni istoty sprawy.

A chodzi mi nie mniej i nie więcej, tylko o zastępcę naczelnika ZHP, hm. Jacka Smurę, który ostatnio zakończył swoją naprawdę długoletnią służbę w Głównej Kwaterze. I co prawda wysłuchano jego wystąpienia na spotkaniu Rady Naczelnej, wręczono mu kwiaty, ale wszystko to działo się jakby w pośpiechu, jakby rutynowo, jakby obok ważnych związkowych spraw. W każdym razie mam wrażenie, że Jackowi należy się coś więcej. Bo przecież nietuzinkowa to postać. Komisarz zagraniczny. Kierownik harcerzy straszych. Wieloletni zastępca naczelnika. Komendant dwóch wielkich zlotów - w Zegrzu i Gnieźnie. Człowiek uczciwie lojalny w stosunku do szefów i współpracowników. Przy tym wizjoner, a równocześnie wyjątkowo sprawny i skuteczny organizator (to bardzo rzadkie połączenie cech!). Pewnie, że jak każdy wizjoner nie do końca "życiowy", czasem z głową w chmurach. Ale kto nie słyszał Jacka referującego czegoś (np. perspektywy ZHP w skautingu), nie wie tak naprawdę, co to znaczy być zapalonym. I jak bardzo czyjś autentyczny zapał potrafi przekonywać. Że z wizjonerem czasami nie da się podyskutować - to inna rzecz, prawda Jacku?

A przy tym - mimo wysokich funkcji i "salonów", w których się obracał - Jacek pozostał zwykłym facetem. Normalnym instruktorem harcerskim. Wychowawcą. Nie miał w sobie nic z "urzędnika harcerskiego", którym w końcu był. PZHS w Pająku zorganizował przy pomocy swojej własnej drużyny harcerskiej... I przygotował to jako normalne zadanie zespołowe, z elementami planowania, podziału zadań, wspólnej oceny (co wieczór).

A zatem należy się coś Jackowi, choćby jedno dobre wspomnienie. Gdy szukałem w pamięci tego wspomnienia, różne obrazy przelatywały mi przez głowę. Jacek w prezydium zjazdu bydgoskiego, usiłujący dość rozpaczliwie opanować szalejący żywioł delegatów (wtedy zobaczyłem go po raz pierwszy i poczułem sympatię i równocześnie współczucie do młodego chłopaka, który sprawiał tam wrażenie, że jest trochę "z innej bajki"). Jacek w autobusie wiozącym 50-osobową grupę do Danii, z pewnym przerażeniem śledzący wyniki naprędce przeprowadzonej sondy na temat przestrzegania przez harcerzy 10 punktu Prawa... Jacek na pierwszej swojej odprawie komendantów chorągwi na Głodówce "zarażający" nas skautingiem. Jacek wśród swojej drużyny na zlocie w Pająku, Jacek grający w piłkę w Zegrzu, Jacek grający w bilard w środku nocy na spotkaniu władz naczelnych ZHP...

ALE ze wszystkich tych obrazków może najlepiej pamiętam wizytę Jacka na kursowym zimowisku chorągwianym w Suchych Rzekach, w Bieszczadach. Dodajmy, była to wizyta, nie wizytacja. Jacek po prostu przyjechał poprowadzić zajęcia o skautingu. Uczestnicy (zwykli kandydaci na instruktorów) wpierw byli okrutnie stremowani; w końcu miał przyjechać "sam naczelnik". Ale lody prysły bardzo szybko, a naczelnik okazał się (jak mi potem ktoś powiedział) normalnym, w dodatku sympatycznym facetem. Dzięki licznym porozwieszanym w różnych miejscach "gadżetom" Jacek zamienił suchorzeckie schronisko w kulę ziemską i w ciągu niespełna dwóch godzin urządził kursantom poglądową wycieczkę po wszystkich regionach skautowych. Na marginesie, zgodnie z metodą harcerską, z zajęć skorzystali wszyscy, także prowadzący, który uzyskał pewne geograficzne informacje dotyczące lokalizacji miasta Nairobi (pamiętasz, Jacku?).

A potem był wspólny kominek (przy prawdziwie płonącym ogniu, jak to w Suchych Rzekach) i Jacek spontanicznie próbujący swych sił na piekielnie trudnym "dyktandzie harcerskim", rozpoczynającym się od słów: "Hej ha, hoża druhno! - hardo huknął harcmistrz, wychylając się zza odrzwi harcówki...". W dyktandzie tym zrobił... może pomińmy, ile błędów, w każdym razie liczba błędów była poniżej średniej uczestnika zimowiska. W takcie tego kominka odśpiewaliśmy też ad hoc przygotowaną piosenkę o życiu Głównej Kwatery "Jesienią Smury są najszczersze, Żorawik kluczem im otwiera drzwi, jesienią Ryszard pisze wiersze, Wiesiek warunki stwarza im...". Dalej niestety nie pamiętam.

I była jeszcze rozmowa o śniegu, a ściślej o tym, że w środku lutego śniegu prawie nigdzie nie ma, a w Suchych Rzekach jest go wiele. Jacek oponował, że wcale nie ma aż tak wiele tego śniegu. Rozmowa ta zaowocowała w sposób lekko niespodziewany. Bowiem, gdy Jacek poszedł już spać, przyszła do komendy zimowiska delegacja uczestników z zapytaniem, czy druh naczelnik Smura ma poczucie humoru. Z pełnym przekonaniem powiedziałem, że ma, ale przyznam, że czułem lekki niepokój, co też naszym harcerzom może do głowy strzelić... Rano ze wzmożoną uwagą śledziłem rozwój sytuacji, ale nic się specjalnego nie działo. Dopiero po śniadaniu i pożegnaniu z uczestnikami, gdy Jacek udał się w kierunku samochodu zaparkowanego pod oknem pokoju, gdzie spał... nagle wytrzeszczył oczy i wybuchnął głośno śmiechem. - Tu rzeczywiście spada dużo śniegu - wykrztusił wreszcie, zaśmiewając się. I rzeczywiście - całe auto otoczone było ponad metrowej wysokości murem z wielkich, zlodziałych brył śniegu. Zza śniegu wystawał tylko dach. A że w nocy lekko przyprószyło - mur wyglądał całkiem naturalnie; jakby samochód ugrzązł w wielkiej

ZASPIE. Dodajmy, że mur nigdzie nie dotykał samochodu i został wzniesiony mimo włączonego alarmu. Potem opowiadano mi, że praca trwała dwie godziny i nawet raz "udało się" alarm uruchomić, ale zmęczony Jacek szczęśliwie się nie obudził...
Jacku, takie wspomnienie, myślę, że dobre wspomnienie, zachowałem z czasów Twojego długiego "naczelnikowania". Przekazuje je Tobie z podziękowaniem za to, że pełniąc tak wysoką funkcję, potrafiłeś po prostu pozostać sobą. Normalnym, liniowym instruktorem. Myślę, że pozostawiłeś dobry wzór swoim następcom. A jeśli kiedyś znajdziesz się w "dołku", wiesz, tak pomiędzy dwoma okresami zapału (każdemu się zdarza, sam dobrze wiem o tym) i świat wyda Ci się bezbarwny i smutny - przypomnij sobie płonące drwa w suchorzeckim kominku i śnieg, którego tak wiele może spaść w Bieszczadach w ciągu jednej nocy.

hm. Jarosław Balon

Kuklik górski



 Generuje GazEla