OBÓZ BDP W MIĘDZYRZECZU

Nasz najpiękniejszy obóz

Kontakt Hufca Lidzbark Warmiński z Hufcem "Fafnir" z Waldkraiburga w Bawarii, należącym do BdP (Bund der Pfadfinderinnen und Pfadfinder - Związek Skautek i Skautów) nawiązał się dzięki przedstawicielom mniejszości niemieckiej w naszym mieście.

PROPOZYCJĘ zorganizowania obozu w typowej harcerskiej stanicy nasi partnerzy odrzucili, uzasadniając to wcześniejszymi doświadczeniami i niechęcią do tak dużych zgrupowań. Odosobniony, położony w cichej, lesistej okolicy plac w Międzyrzeczu k. Kaszun bardzo przypadł naszym gościom do gustu. Na wiosnę zaczęły się przygotowania. Brak sprzętu obozowego w naszym hufcu nie stanowił problemu, "Fafnir" przywiózł wszystko ze sobą, nawet dla nas.

28 lipca

GRUPA kwatermistrzowska przyjeżdża dzień wcześniej, niż planowaliśmy, ale kłopotu nie ma - Niemcy błyskawicznie rozstawiają namioty kuchenne i sanitarne. Mimo spartańskich warunków są bardzo zadowoleni - tego szukali. Pierwszy wspólny wieczór, jeszcze bez harcerzy, pomaga bliżej się poznać i posmakować narodowych specjalności.

30 lipca

PRZYJEŻDŻA autobus ze skautami. Każdy zastęp ma swój czarny namiot z górnym otworem wentylacyjnym umożliwiającym rozpalanie wewnątrz ogniska. Wszyscy śpią na karimatach, bez podłogi. Prysznic z zimną wodą cieszy się dużym powodzeniem. My chyba jesteśmy bardziej rozpieszczeni przez cywilizację (a może kontrolowani przez sanepid). Posiłki nieco inne niż u nas: śniadanie jak z reklam - nutella, jogurt, mleko, płatki, dżem i tak co dzień, obiad jednodaniowy, sycący, kolacja zawsze na ciepło, właściwie to drugi obiad.

2 sierpnia

NASZYCH harcerzy jeszcze nie ma, przyjechali za to nasi znajomi Węgrzy z Atillą, tylko 7 starszych skautów. Wśród trzydziestu niemieckich skautów przeważają uczniowie szkoły podstawowej, jest zastęp rangersów, a także jeden wilczek Domaris. Dziewcząt bardzo mało.

3 sierpnia

ZACZYNAJĄ się wędrówki. Każda grupa ma inną trasę, ok. 30 km. Wędrówka trwa dwa dni, zastępy mają różne zadania do wykonania. Cel jest jeden - poznać kulturę Warmii, ludność, krajobraz, zabytki, przyrodę. W relacjach z wędrówek dużo jest ciepłych słów pod adresem gospodarzy przyjmujących skautów na nocleg. (Zastępy nie brały namiotów, nocowały w stodołach, nie mogły korzystać z transportu, jedynie z odrobiny techniki pod postacią telefonów komórkowych - to oczywiście ze względu na bezpieczeństwo).

7 sierpnia

DOŁĄCZYŁO naszych 12 harcerzy na zasadach obowiązujących na obozie, gdzie bardziej są gośćmi niż gospodarzami. Ten "inny" obóz bardzo im się podoba - posiłki, ogniska w namiotach, brak "urzędowej" ciszy nocnej i musztry, zbiórki odbywające się w kręgu. Po zabawach integracyjnych jest naprawdę dobrze, choć Niemcy są jakby mniej spontaniczni od nas. Początki jednak są lepsze, niż kadra niemiecka się spodziewała. My wiedzieliśmy, że lody będą szybko przełamane.

WIECZÓR polski - obrzędowe ognisko ze strażnikiem ognia (podobało się bardzo, pomysł później kupiono!), ale nie takie bardzo poważne, bo, jak to w naszym hufcu, było sporo pląsów i tańców. Zakończenie jednak uroczyste.

8 sierpnia

CAŁY dzień to "Jugendwaldspiele" - młodzieżowe gry leśne, czyli konkursy tematycznie związanych z lasem. Dużo przy tym śmiechu, ale i sporo nauki. Tłumacz potrzebny jest tylko sporadycznie, choć drużyny turniejowe są trzyjęzyczne.

WIECZÓR węgierski - na kolację jest "guljasz" w ogóle nie przypominający naszego gulaszu, potem ognisko z prawdziwymi szaszłykami. Uczymy się śpiewać "Panie Janie" w trzech językach, wersja polska okazuje się najtrudniejsza (zwłaszcza wyraz "wszystkie").

9 sierpnia

CAŁY dzień pod hasłem "Versprechen" - Przyrzeczenie. Przystrajamy i "pucujemy" obóz.

PRZED południem przyjeżdża niemiecki ksiądz z Olsztyna, aby odprawić krótką mszę polową. Msza jest w języku niemieckim, choć ksiądz mówi po polsku i to on tłumaczy pieśni śpiewane przez naszych harcerzy. Tego jeszcze nie znaliśmy, ale propozycja Niemców bardziej nam się spodobała niż wyjście w niedzielę do wiejskiej kapliczki. W ich przypadku łatwiej jest nakłonić dzieci różnych wyznań do uczestnictwa w mszy prowadzonej przez gościa na terenie obozu, niż namówić niekatolików do pójścia do katolickiej kaplicy. Głównie katoliccy polscy harcerze nie mają tego problemu, ale msza w obozie jest niepowtarzalna.

WIECZÓR najbardziej uroczysty ze wszystkich, które były. Przyjeżdżają goście: lidzbarscy harcerze, komendantka hufca, rodzice i władze miasta. Z pochodniami, w absolutnej ciszy kolumna odświętnie ubranych skautów i harcerzy wyrusza na polanę na skraju lasu, gdzie przygotowano olbrzymie ognisko. Przy drodze stoją nasi harcerze ze świecami. Mijający ich słyszą dziesięć punktów Prawa Harcerskiego - to dla tych, którzy dziś złożą Przyrzeczenie. Jest prawie ciemno, za naszymi plecami podnoszą się mgły znad Drwęcy, nastrój niesamowity. Obrzędowość nawiązuje do starodawnych zgromadzeń plemiennych. Każdy niemiecki skaut przyprowadzany jest przed oblicze "Rady Starszych" przez swojego drużynowego. Tam składa przed swym komendantem hufca Przyrzeczenie. Wiele w tym gestów ufności, troski o indywidualnego harcerza. Karl-Heinz wręcza chusty.

NASZE Przyrzeczenie z dłońmi wyciągniętymi w kierunku ognia jest równie piękne i wzruszające, niektórzy płaczą. Wręczam krzyże.

POWRÓT do obozowiska w ciszy i skupieniu kończy głos Herolda - Gernota zapraszający na ucztę. Jedzenie jest wyśmienite, stoły przystrojone, panuje ogólne podniecenie, oglądanie nowych krzyży i chust. Wieczór, mimo że goście już odjechali, trwa długo. Pijemy przygotowywany specjalnie na ten dzień "czaj", rodzaj ponczu, który Niemcy ze względu na nas przyrządzili tym razem bez alkoholu. Normalnie dolewa się odrobinę rumu do smaku. Co kraj, to obyczaj.

10 sierpnia

NIEMCY i Węgrzy jadą dziś do Malborka, my zaplanowaliśmy wędrówkę po najbliższej okolicy, bo stanicę mamy od kilku miesięcy i nie znamy dobrze terenu.

NASI goście zmęczeni długim zwiedzaniem "wiedzą już wszystko o Krzyżakach", a pani przewodniczka nie dała sobie podobno wytłumaczyć, że krzyżackie krzyże, noszone przez harcerzy z Hufca "Fafnir" na chustach, to symbol wierności tradycji, a nie znak przynależności do Zakonu.

WIECZÓR niemiecki - wreszcie wiemy, do czego służą przywiezione aż z Waldkraiburga dywany. W olbrzymiej jurcie siadamy na nich wokół ogniska rozpalonego na środku namiotu. Śpiewamy na przemian polskie, niemieckie i węgierskie piosenki, ktoś rozlewa gotującą się w garnku nad ogniem pyszną herbatę. Dostąpiłam zaszczytu i wypiłam ją z drewnianego kubka Gernota, "świętości" przywiezionej z wyprawy do Laponii. W jurcie jest bardzo ciepło, dym uciekający przez otwór wentylacyjny tylko trochę gryzie w oczy, jest gwarno, ale śpiewają wszyscy. Czuję się trochę jak na plemiennej fecie, wesoło i rodzinnie.

11 sierpnia

W zespole kadry odwiedzamy hufcowy obóz we Fromborku. Nasza komendantka tłumaczy brak mundurów u dzieci - to nie są harcerze, ci mieli obóz w lipcu, teraz organizujemy wypoczynek dla dzieci z najbiedniejszych rodzin, często zaniedbanych. Kadra to lidzbarscy instruktorzy, którzy wybrali taki rodzaj służby. Nastroje radosne, dyskusje o harcerstwie już poważne, okazuje się, że borykamy się z identycznymi problemami, co Niemcy i Węgrzy.

12 sierpnia

DZIŚ dzień w mieście. Na obchody Dni Lidzbarka naszych gości zaprosiły władze miasta. Mimo że udział w korowodach nie jest zajęciem szczególnie lubianym przez "Fafnir", nikt nie odmawia burmistrzowi. Korowód prezentuje się dość okazale, harcerze niosą sztandary i proporce. W programie jest zwiedzanie Zamku Biskupów Warmińskich, potem festyn oraz koncert. Wracamy do obozu z poczuciem, że tu bardziej pasujemy.

13 sierpnia

PRZEDOSTATNI dzień. Na obiad bigos, który Karolina gotuje od trzech dni i zasłużenie dostaje za niego brawa. Mamy czas na pogranie w piłkę (boisko jak i imponującą bramę bez jednego gwoździa zbudowali Węgrzy, bardzo wprawieni w pionierce) i przygotowanie do "Bunter Abend", kolorowego wieczoru. Każdy namiot przedstawia krótki program. Jest oświetlona pochodniami scena, konferansjer jakby rodem z kabaretu i rozbawiona publiczność. Kolejno prezentowane są scenki z życia obozowego, prześmieszne parodie kadry, także satyra na polską biurokrację (nie mogliśmy przez dwa tygodnie załatwić pozwolenia na wędkowanie, mandat kosztowałby chyba mniej niż telefony!).

MY odgrywamy skecz - pantomimę, śpiewamy łatwą do powtarzania piosenkę oraz uczymy wszystkich tańczyć poloneza. Mimo że zdecydowanie męski Hufiec "Fafnir" z zasady nie tańczy, tym razem opory zostały przełamane i Mickiewiczowskim korowodem zakończyliśmy niemiecki "Bunter Abend".

14 sierpnia

POŻEGNANIE. Gdyby nie ślady po namiotach na trawie, nikt nie powiedziałby, że ktoś tu obozował. I gdyby nie nasze wspomnienia... Ostatnie wspólne chwile, niby wesoło i żartobliwie, ale polały się też łzy, gdy odjeżdżał autobus do Waldkraiburga. Za rok spotkamy się na Węgrzech!

* *  *

A oto parę refleksji wynikających z porównania harcerstwa (nie tyle polskiego, co lidzbarskiego) i niemieckiego skautingu.

"FAFNIR" nie jest, według własnej oceny, typowym niemieckim hufcem. Należy do ruchu programowego, który kładzie szczególny nacisk na wierność starym tradycjom. Nawiązuje do tego jego nazwa, zaczerpnięta z Pieśni Nibelungów, zawołanie, obrzędowość, także dobór śpiewanych piosenek, wśród których przeważają pieśni tradycyjne. Rzecz godna naśladowania, tak jak brak wojskowego drylu, choć w hufcu przeważa męska kadra, a sam komendant jest policjantem. Nie ma musztry, meldunków, a jednak widać szacunek dla symboli (wciąganie flag na maszt, rytuał Przyrzeczenia) i zdyscyplinowanie.

BRAKUJE mi w pracy skautowej stopni i sprawności, szczegółowego planowania własnego rozwoju. Myślę, że honorowe odznaczenie Rady Hufca nie zastąpi tego.

DZIWNE było też dla mnie "Kasyno", odosobnione miejsce spotkań kadry, gdzie palono i po godz. 19 można było pić alkohol - co prawda w ilościach niewielkich. Może bawarska tradycja picia piwa coś też tłumaczyła, ale w zestawieniu z mundurem trochę nas to raziło. Niemcy rozumieli nasze opory i szanowali naszą tradycję, dostosowując się do niej, przynajmniej w miejscach publicznych. Pomyślałam, że my bywamy za to czasami obłudni.... Inną sprawą jest fakt, że nie ma w niemieckim Prawie Skautowym zakazu spożywania alkoholu, jest natomiast punkt mówiący "Chcę panować nad sobą". Sprawa do przemyślenia.

TROCHĘ inaczej funkcjonuje w Hufcu "Fafnir" system małych grup. Istnieją właściwie samodzielne zastępy, liczące ok. 10 osób, a nie drużyny ze swoimi radami i podziałem na zastępy,rozumiane jako jeszcze mniejsze grupy. Zastępowi, odpowiednio przeszkoleni i pełnoletni, mają bardzo dobry kontakt ze swoimi harcerzami, co w przypadku często ponad 20-osobowych drużyn polskich bywa utrudnione lub wręcz niemożliwe, zwłaszcza gdy drużynowy jest młody. Istnieją gromady wilczków i zastępy starszoharcerskie (rangersi i rowersi).

ŚRODKI finansowe dla hufca przede wszystkim zdobywają rodzice. Są oni bardzo związani z hufcem i dzięki nim "Fafnir" posiada wspaniały sprzęt, wyposażenie i środki na działalność. Instruktorzy tak jak u nas pracują społecznie.

KILKUNASTOLETNIA tradycja wyjeżdżania na międzynarodowe obozy zagraniczne, doprowadzona już do perfekcji (obóz kosztował Niemców mniej niż obozy organizowane przez nas na miejscu!), owocuje współpracą z Węgrami, Szkotami, Włochami, Austriakami, nawet Egipcjanami i wielu innymi skautami, do których grona zaliczamy się od roku także my. Najważniejsze jest w takich przedsięwzięciach przełamywanie barier, pokonywanie uprzedzeń i stereotypów w ocenianiu innych narodowości, osiągane głównie przez wędrówki i bezpośrednie kontakty z nowo poznawanymi ludźmi i ich kulturą. "Fafnir" pracuje nad tym z pełną świadomością.

phm. Katarzyna Pękala



 Generuje GazEla