HARCERSTWO NA WSI

Z pamiętnika druhny nauczycielki

PAŹDZIERNIK 2000

STAROŻYTNI Rzymianie zaczynali swoje uczty "ab ovo" - od jajka, wierząc, iż ów symbol narodzin przyniesie im pomyślność. Kiedy wymyślałam pierwszą, chyba najtrudniejszą dla mnie zbiórkę drużyny harcerskiej mającej powstać na wsi, gdzie harcerstwa nie było od lat osiemdziesiątych, nie znałam jeszcze jej nazwy i nie przypuszczałam, że tyle będzie ona miała wspólnego z rzeczonym jajkiem - podstawowym rekwizytem owego pierwszego spotkania.

BARDZO dobrze pamiętam tę ciepłą, pierwszopaździernikową niedzielę, kiedy z sercem w gardle szłam do parku otaczającego stary dwór w Siedliskach Bogusz. Próbowałam nie myśleć za dużo, tylko po prostu przeprowadzić zbiórkę - tyle razy robiłam to wcześniej w Krakowie! Jednak w głowie lęgły mi się coraz to nowe pytania: "Czy im się spodoba? Będą chcieli się bawić i jednocześnie - po harcersku - służyć? A może mnie wyśmieją?". Fakt bycia nauczycielką angielskiego gimnazjalistów i zarazem potencjalnych kandydatów na harcerki i harcerzy zaczął mi chwilowo przeszkadzać - z "pani" musiałam możliwie bezboleśnie przeistoczyć się w "druhnę" - być bardziej "na luzie", bardziej

PRZYJACIELSKĄ i bardziej dbającą o dobrą atmosferę - wiedziałam, że każdy z nich może odejść, kiedy tylko będzie miał ochotę, wszak to nie szkoła i nie lekcja...

NIE zawróciłam wtedy - na szczęście! Szesnaście osób, które wybrałam ze swoich 180 uczniów i zaprosiłam: najpierw na ową zbiórkę, a potem do tworzenia kadry nowo powstałej drużyny, stawiło się w pełnym komplecie. Znakomitej większości z nich spodobało się, mieli ochotę bawić się, harcować i służyć - najpierw za "rodziców" jajkom... To było pierwsze zadanie międzyzbiórkowe, wypróbowujące ich odpowiedzialność - w dwójkach opiekowali się otrzymanymi ode mnie jajkami (które były oczywiście oznaczone), nie wiedząc, czy są surowe, czy ugotowane... "Jajka - dzieci" miały swoje imiona (np. Kodżak - zapewne od łysiny...), troskliwe mamusie zaopatrzyły je w kołderki, tatusiowie zaś z poświęceniem wynosili na spacerki. Po podsumowaniu opieki nad jajkami (zbiórka nr 2) wiedziałam, że większości przyszłych zastępowych i podzastępowych mogę zaufać!

POTEM była trzecia zbiórka, podczas której odpowiedzieliśmy sobie na pytanie "Kim chcemy się stać w ciągu najbliższego półrocza?". Chcieliśmy być aktywni i ruchliwi, chcieliśmy wywierać wpływ na nasze najbliższe otoczenie, chcieliśmy możliwie często mieć kontakt z przyrodą. Ponadto oczywiście wszyscy w drużynie chcieli zostać pełnoprawnymi harcerzami! Powstały więc cztery czteroosobowe zastępy: dziewczęce "Kormorany" i "Pantery" oraz chłopięce "Darkmeni" i "Piranie". Spośród wielu propozycji na nazwę całej 77 Drużyny Kadrowej ZHP (nazwę, która miała łączyć w sobie lotność ptaków, szybkość kocich drapieżców, odwagę i tajemnicę kryjącą się w "ludziach ciemności", a także instynktowną umiejętność łączenia się w ławice - czyli we wspólnoty - ryb), wybraliśmy zdecydowanie najlepszą: "Sokoły".

PLANOWALIŚMY dużo wędrować - jak sokoły wędrowne; chcieliśmy bystro i dokładnie dostrzegać otaczający świat swoimi sokolimi oczami; chcieliśmy wreszcie nauczyć się szybko i sprawnie reagować na potrzeby bliźnich - od kogo się tej szybkości uczyć, jak nie od sokołów, które przy pikowaniu osiągają 360 kilometrów na godzinę! Ja jako drużynowa pragnęłam przyprawić swoim podopiecznym skrzydła - pomóc im uwierzyć w siebie i swe olbrzymie możliwości, tak aby potem mogli profesjonalnie i z iście harcerskim zapałem poprowadzić zastępy. W naszym półrocznym planie pracy, którego głównym celem było właśnie przygotowanie zastępowych i podzastępowych do prowadzenia zastępów (bardzo dużo dała mi tu lektura Rzeki Ewy Grodeckiej), znalazły się więc i akcje zarobkowe (na mundury!), i podstawy technik harcerskich, i - rzecz jasna - wyznaczniki harcerskiego stylu życia (rozumianego w duchu hm. Stefana Mirowskiego): Prawo, Przyrzeczenie, Tradycja.

LISTOPAD 2000

AKCJA "Znicz", która była właściwie próbą akcji zarobkowej i ostrożnym badaniem gruntu, udała się nadspodziewanie dobrze! Mnie osobiście dodała pewności siebie w podejmowaniu tego rodzaju przedsięwzięć - nie za specjalnie lubię zajmować się "kasą" (kto lubi?), ale z braku kwatermistrza - muszę. To jest, póki co, mój największy problem - samotność, że tak powiem, instruktorska. Hufiec trochę daleko, najbliżsi harcerze - i to starsi - w Pilźnie; dopóki nie wychowam kadry, sama sobie jestem "sterem, żeglarzem, okrętem", czyli sama planuję, realizuję, sprawdzam i poprawiam... Chociaż nie! Od czego zbiórki rady drużyny?! Trzeba młodych przyzwyczajać do podejmowania decyzji! Jeżeli nie będę dzielić się z nimi swoimi problemami, nie dorosną... Lepiej proponować i zachęcać, niż rozkazywać! Szkoda tylko, że dopiero za cztery lata najstarsi z nich osiągną pełnoletność...

TYMCZASEM udało się nam powędrować z zaprzyjaźnioną 44 drużyną z Dębicy do zaprzyjaźnionej szkoły w Głobikowej, która stała się naszą bazą podczas I Jesiennego Biwaku. Dotarliśmy tam przez Dębicę i Braciejową, oddając po drodze hołd żołnierzom poległym podczas II wojny światowej (słynna "Kałużówka"). Data była nieprzypadkowa: 11 listopada... Odkryłam, że "Sokoły" są bardzo wytrzymałe na trudy wędrówki oraz nie ima się ich zmęczenie wieczorne. Żywotności swojej dowiedli aż nadto, grając do późnych godzin nocnych w koszykówkę na zmianę z "mafią". Pozwoliłam na to, gdyż harcerstwo musi być atrakcyjne dla "tej dzisiejszej młodzieży"! A z mafii można zrobić całkiem pożyteczną Role Playing Game, związaną tematycznie np. z... historią Polski i postacią Piłsudskiego!!!

NIE zdołam chyba wypowiedzieć swojej ogromnej wdzięczności wobec druhów z wyżej wzmiankowanej 44 Wędrownej Dębickiej Drużyny Starszoharcerskiej! Dzięki Satyrowi, Włochatemu i Klopsowi poczułam, że mam na kogo liczyć na tej swojej prowincji! Przyznaję, że pomogli mi opanować stany lękowe związane z koedukacyjnością mojej drużynki. W Krakowie wszak prowadziłam drużynę żeńską, ale tutaj, z braku instruktora (czytaj: męskiego wzorca osobowego), dobra i instruktorka. Wydawało mi się, że pominięcie chłopców będzie dyskryminacją i póki co, widzę, że dobrze zrobiłam! Dorobienie się sensownego przybocznego to kwestia najwyżej dwóch lat - ta świadomość ogromnie podnosi na duchu!

phm. Barbara Smoła

Hufiec Dębica

(basiasmola@poczta.fm)



 Generuje GazEla