Czuwaj

9/2001

 Poprzedni numer  Strona nadrzędna  Następny numer
MIĘDZYNARODOWA AKCJA LETNIA

W dniach 4-18 sierpnia bieżącego roku odbył się obóz 99 WDH i GZ (Warszawa Wola) i Słonecznego Szczepu Gór Świętokrzyskich (Kielce) w szkockiej miejscowości Auchengillan. Można by powiedzieć, że był on "dzieckiem" zeszłorocznego SAS-u w Kanderstegu. Dlatego chciałabym, aby ten artykuł był także formą podziękowania dla XIV Sokołowskiego Szczepu Harcerskiego "Pangea", który zorganizował wspomniane szkolenie.

Bez granic

TO właśnie z Kanderstegu wróciliśmy natchnieni do pracy i to właśnie stamtąd przywieźliśmy pomysł zorganizowania obozu w Auchengillan (Michał, Piotrek i ja). Trzon obozu mieli stanowić i stanowili harcerze w wieku gimnazjalnym (13-15 lat), a pomagać im miały dwa zastępy starszoharcerskie. Pomysł pojechania do Szkocji podobał się bardzo wielu osobom. Zdarzały się jednak również wątpliwości i najczęściej dotyczyły one właśnie wspominanego wieku uczestników. Zwłaszcza rodzice mieli poważne wątpliwości, czy ich pociechy dadzą sobie radę. Również w komendzie hufca parokrotnie słyszałam pytania, czy jestem przekonana, że potencjalni uczestnicy wystarczająco dobrze znają angielski. Wreszcie na koniec ja sama miałam podobne obawy.

NA wszelki wypadek na pierwszą grę miejską po Londynie nie poszły zastępy lecz patrole, stworzone z przedstawicieli kilku zastępów i przynajmniej jednego pełnoletniego harcerza starszego. Cóż... szybko okazało się, że wiek nie ma nic wspólnego z umiejętnością porozumiewania się w obcym języku. Co więcej, wiele osób narzekało na poruszanie się po mieście w dużych grupach (12-13 osób). Trzeba było przyznać się do błędu i od tego czasu po miastach poruszaliśmy się zastępami.

I chociaż ta decyzja zapadła w drodze pomiędzy Londynem a Auchengillan, to jeszcze wtedy nie miałam pojęcia, że największe zaskoczenie jest dopiero przede mną. W czwartek, kiedy zabraliśmy się za przygotowanie obozowej gazetki, przyszły do mnie cztery osoby z pytaniem, czy mogą przeprowadzić wywiad z kimś w ośrodku. Pomysł był doskonały, więc wkrótce dwie dzielne ekipy dziennikarskie ruszyły do pracy. Po niespełna dwóch godzinach wrócili pierwsi i przyprowadzili ze sobą czwórkę Irlandczyków, którzy byli bardzo zainteresowani tym, co działo się w naszym obozie. Chwilę później okazało się, że jedna z Irlandek właśnie wróciła z Polski, gdzie była na wakacjach. Umiała nawet powiedzieć parę słów po polsku i zdaje się, że to właśnie ona przełamała pierwsze lody. Z uśmiechem na twarzy chodziła od osoby do osoby, każdemu z dumą mówiąc: "cześć!". Dalej oczywiście rozmowa musiała toczyć się po angielsku, ale polski wstęp rozkręcał dyskusję.

SIEDZIELIŚMY na wzgórzu z paroma osobami i rozmawialiśmy właśnie z grupką Irlandczyków, gdy kątem oka dojrzałam niesamowitą scenkę. Jeden harcerz z naszego obozu, widząc dwie małe dziewczynki taszczące za sobą cztery ogromne drewniane bele, rzucił się do pomocy. Nic nie mówiąc, wyrwał od mniejszej z nich obie kłody. Ona zaś, nie reagując na ten gest również niczym poza uśmiechem, po prostu wskazała mu, gdzie ma zanieść jej belkę. Pomyślałam sobie, że chyba mamy pierwszy przykład na to, że do porozumiewania się język nie zawsze jest potrzebny. Zaraz jednak moim oczom ukazała się jeszcze bardziej komiczna sytuacja. Cała zgraja małych Irlandek z drewnianymi belkami pędziła w stronę Piotrka (tak ma na imię wspomniany harcerz). W nagrodę za pomoc w noszeniu drewna, zaprosiły go potem do szałasu, który postawiły w pobliskim lasku. Okazało się, że ani duża różnica wieku ani brak wspólnego języka nie przeszkadzały w porozumieniu się.

WIECZOREM w ośrodku odbywał się mecz piłki nożnej. Podczas gry na boisku królowały wszystkie języki świata, a tak na prawdę to żaden z nich. Po prostu jeden wielki wrzask unosił się to z widowni, to z boiska przez prawie trzy godziny. Nagle w tłoku podeszły do mnie dwie Agaty (harcerki z naszej drużyny) i przedstawiły mi grupkę Angielek. Wywiązała się rozmowa na temat Szkocji, skautingu i świata, a krąg dyskutujących rozrastał się z minuty na minutę. Tym razem uwierzyłam, że są wśród naszych harcerzy również tacy, którym porozumiewanie się po angielsku nie sprawia większego problemu.

NASTĘPNEGO dnia, gdy spotkaliśmy w łazience irlandzkiego leadera, od razu zostaliśmy zaproszeni na ich pożegnalne ognisko. Wieczór był ładny (to był ten jedyny dzień z dwóch tygodni, kiedy nie padało) i nawet meszki (małe, gryzące muszki) nie dawały się specjalnie we znaki. Ognisko zaczęło się obrzędowo. Najpierw Irlandczycy, a następnie my zaśpiewaliśmy nasze pieśni. Potem mieliśmy okazję przekonać się o inności obrzędów skautowych. Po, bądź co bądź, uroczystym obrzędowym wstępie nasze spotkanie nabrało radosnego nastroju. Wszyscy zaczęliśmy pląsać, niemalże pozwalając wygasnąć ognisku, ale nie to jest najważniejsze. Najistotniejsze są chwile, które wspólnie spędziliśmy, pląsając raz po angielsku raz po polsku. Okazało się nawet, że znamy całkiem sporo podobnych pląsów. Najlepszym tego przykładem jest pląs "W leśniczówce za lasem...", który śpiewaliśmy w obu wersjach językowych. Przynajmniej równie dobrze bawiliśmy się też przy "Mysiej parze" i przy "I znów zwiążemy krąg...". Najwięcej śmiechu dostarczali nam nasi gospodarze próbujący śpiewać po polsku. Nie mamy jednak złudzeń, że my zapewne byliśmy podobną atrakcją. I właśnie to jest najpiękniejsze. Ognisko zakończyliśmy po dwóch godzinach wspólną pieśnią "Cumbaya", a nazajutrz przeżywaliśmy istny najazd skautów pragnących wymienić obozowe plakietki.

OBÓZ minął bardzo szybko. Wróciliśmy do domów. Nadszedł czas podsumowań. Gdzieś pomiędzy wspomnieniami a zdjęciami jest miejsce na moment refleksji. Wśród nich króluje myśl, że jedną z najlepszych rzeczy był właśnie wiek uczestników. Beztroska i niczym nieograniczona chęć nawiązywania kontaktów otwiera drzwi na świat. Trzeba tylko mieć szansę. Obóz w Auchengillan był właśnie taką szansą i co więcej - szansą dobrze wykorzystaną. Choć kontaktów ze skautami mogłoby być więcej, to i tak było ich dość, aby zachęcić młodych harcerzy do nawiązywania współpracy ze swoimi rówieśnikami z całego świata. I chociaż podczas wyjazdu zobaczyliśmy ładny kawałek Wielkiej Brytanii, choć zwiedziliśmy Londyn, Glasgow, Edynburg, Stirling i Inchmahome, choć zdobyliśmy Earl's Seat i Ben Nevis, to myślę, że największym zyskiem z obozu jest właśnie umożliwienie młodym harcerzom i w ogóle wszystkim uczestnikom nawiązania nowych, międzynarodowych znajomości.

MORAŁ jest więc krótki: Ludzie! Jeśli tylko macie szansę, to jedźcie w świat poznawać nowych przyjaciół! Człowiek najwięcej uczy się na własnych doświadczeniach i nieważne, ile ma lat.

pwd. Julia Budziszewska



 Generuje GazEla