Czuwaj

9/2001

 Poprzedni numer  Strona nadrzędna  Następny numer
PATRZĄC SZEROKO

hm. Jarosław Balon

Kuklik górski

Podstawowe sprawy

Zbliża się wielkimi krokami kolejny zjazd ZHP. Zjazd, który - jak zresztą każdy - winien podjąć (i miejmy nadzieję - podejmie) zasadnicze decyzje w sprawie naszego wspólnego Związku. Decyzje te znajdą swój czytelny wymiar (nie użyję słowa "wizualizacja", by nie wpaść w pułapkę nowomowy) głównie w dokumentach zjazdowych - uchwale programowej, Statucie, różnych uchwałach tematycznych i wnioskach szczegółowych. Ale jak tak przyglądam się życiu Związku przed zjazdem, to przypomina się taki kawał sprzed około 15 lat dotyczący pieriestrojki (dla młodszych - zapoczątkowany odgórnie w latach osiemdziesiątych w Związku Radzieckim proces kontrolowanej przez władze przebudowy systemu komunistycznego w kierunku większej demokratyzacji). Otóż mówiono, że owa pieriestrojka jest jak tajga - u góry szum, na dole cisza i tylko szyszki spadają. Co prawda nie wiem, jak to będzie ze spadaniem szyszek (zjazdowe wybory są zawsze niewiadomą), ale poza tym wszystko jak u nas - u góry sporo szumu, a na dole...

TRUDNO się oprzeć wrażeniu, że owe zasadnicze decyzje mało kogo z liniowych instruktorów specjalnie obchodzą. Częściowo może to cieszyć; jakoś to świadczy o sile i trwałości naszego Związku - bez względu na owe decyzje "na górze", "na dole" będzie robić się swoje i już. Jedni myślą - i tak nie mamy żadnego wpływu, więc... Inni - byleby te uchwały i Statut nie przeszkadzały w normalnej pracy - to i tak będzie nieźle... Jeszcze inni rozumują trochę w stylu Kubusia Puchatka - uważają, że to, co na górze, jest sprawą mądrzejszego Krzysia, który na pewno zrobi to dobrze i wszystko jeszcze potem wytłumaczy, więc po co się przejmować. Ale jest i takie myślenie, że "u góry" generalnie jest "be", a więc najlepiej trzymać się od niej z daleka...

ALE przecież z drugiej strony ten dość powszechny brak zainteresowania przyszłymi decyzjami zjazdu to też jakaś wielka słabość naszej organizacji. Bo skoro nie obchodzi nas, co "na górze", a na dole "każdy sobie rzepkę skrobie" - to przecież oznacza tak mizerny poziom utożsamiania się ze swoją własną organizacją, że aż strach. Jeśli nie są potrzebne władze centralne, jeśli dokumenty programowe, ideowe, organizacyjne są tylko sprawą "tych na górze" - to właściwie po cóż być w jednej, wspólnej organizacji???

SPORO w ostatnim czasie było różnych dyskusji o funkcjonowaniu harcerskiej centrali, o trudnościach finansowych Związku, toczy się (np. na liście internetowej) wymiana poglądów na temat zapisów ideowych (w tym nieśmiertelny temat abstynencji)... Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że znaczna część naszej kadry najczęściej by trochę ponarzekała, ale włączyć się aktywnie w kształtowanie oblicza Związku, zaproponować jakieś rozwiązania, wypracować jakiś projekt czy nawet wypowiedzieć szerzej (np. na łamach "Czuwaj") swoje zdanie na jakiś ważki dla stowarzyszenia temat... przychodzi jej znacznie trudniej. Spora aktywność niektórych ruchów programowo-metodycznych (które w sumie po to istnieją, by jakoś aktywizować życie Związku) to grubo za mało.

OBAWIAM się, że zbiórki wyborcze znów - jak to już bywało - skupią się tylko na wyborze delegatów, a nie na rozmowie o kształcie harcerstwa. A potem wybrani delegaci, pełni zapewne dobrej woli, pojadą jednak na zjazd słabo (żeby nie powiedzieć źle) przygotowani, niewiele mający do powiedzenia, wcale nie będący "emanacją" twórczej myśli (wcale nie pokpiwam!) zespołu instruktorskiego, który ich wysłał. Uczestniczyłem już w tylu spotkaniach instruktorskich, np. kursowych, na których rodziło się tyle ciekawych pomysłów, o których jakoś głucho potem na zjazdach i zbiórkach wyborczych... Dlaczego?

A może też być tak, że delegaci pojadą na zjazd przygotowani, ale do załatwienia tylko jakiejś konkretnej sprawy ważnej dla ich środowiska. Jeśli ta sprawa nie jest bardzo partykularna, to już nieźle. Tyle, że tacy delegaci wracają ze zjazdu z żalem, bo okazuje się, że owej sprawy po prostu załatwić się nie da - jest np. zbyt błaha, albo wyraźnie sprzeczna z pomysłami delegatów z innych środowisk. A zjazd - wiem, że to truizm - jest władzą całego Związku. A zatem jego uczestnicy powinni na zjeździe próbować myśleć, działać, głosować, uwzględniając przede wszystkim problemy, sprawy, interesy całego stowarzyszenia, a nie tylko swojego środowiska czy - co gorsza - swoje ambicje. A jeśli tego nie potrafią - muszą się szybko tego nauczyć. Inaczej mogą stać się śmieszni, jak np. sympatyczny druh, który przez cztery dni obrad pewnego zjazdu z uporem maniaka wracał do sprawy odrębnych elementów mundurowych i sprawności dla drużyn jeździeckich, albo jak pewna druhna, która wygłosiła na pewnym zjeździe z mównicy tyradę na temat kiepskiego zaopatrzenia jej sklepiku hufcowego w akcesoria harcerskie. Mogą też stać się szkodliwi, np. zgłaszając - nagle olśnieni - na pięć przed dwunastą zestaw zasadniczych poprawek do Statutu i żądając głosowania. Dodajmy, że przyjęcie którejkolwiek z nich wywraca całą konstrukcję dokumentu i powoduje wewnętrzne niespójności, a potem w razie przyjęcia (bywało!) przez cztery lata kadencji Centralna Komisja Rewizyjna jest zmuszona do ekwilibrystycznych wykładni całkowicie sprzecznych ze sobą dwóch paragrafów Statutu.

ALE bywa też, że podstawową motywacją wyjazdu na zjazd jest - uwaga! - nawiązanie kontaktów z nowymi środowiskami i poznanie nowych ludzi. Autentycznie. To już zupełny absurd. Tak jakby nie można było w tym celu pojechać np. na ogólnopolski zlot, PZHS (w tym roku nieszczęśliwie nie było), do "Perkoza" na kurs czy warsztaty... Ja wiem - braterstwo, ja wiem - samorealizacja są dla instruktora niezwykle ważne. Ale zjazd Związku to nie tylko uroczystość ogólnozwiązkowa, nie tylko spotkanie przyjaciół - to przede wszystkim służba. Tak naprawdę - ciężka praca. Bywa, że satysfakcjonująca. Ale po prostu ciężka.

A potem ci, którzy wracają ze zjazdu, jakże często mówią - na nic nie miałem wpływu, to nie ma sensu, spodziewałem się czegoś innego... No i skoro już "ci na górze" przygotowali i "przeprowadzili" przez zjazd dokumenty, to teraz spokojnie można ponarzekać, że nie takie, że niepotrzebne, że nie odpowiadają na potrzeby "środowisk"...

Znów mi wyszedł zbyt smutny tekst. I wiecie co, strasznie cieszyłbym się, gdybym nie miał racji. Przecież w gruncie rzeczy wierzę, że na zjeździe spotkam wielu dobrze przygotowanych, patrzących kategoriami całego Związku, świadomych wagi podejmowanych przez siebie decyzji, myślących twórczo delegatów... I właśnie - na przekór temu, co napisałem - wierzę, że właśnie oni zadecydują o obliczu tego zjazdu.



 Generuje GazEla