Poznać ojczyznę skautingu

ROK temu dowiedziałyśmy się o istnieniu "European Scout Voluntary Programme", części programu "Europe For You!". Od razu pomyślałyśmy, że może to być świetna okazja do poznania skautowej stanicy "od wewnątrz" i po prostu postanowiłyśmy z tej propozycji skorzystać. Oczywiście wymarzyłyśmy sobie, że będzie to Gilwell Park, a powód był bardzo prosty - nasze podróże chciałyśmy rozpocząć od poznania ojczyzny skautingu (a poza tym - ten Londyn!...). Na wszelki wypadek wysłałyśmy aplikacje także do innych europejskich ośrodków. Dostałyśmy odpowiedź ze Szwajcarii, Danii, Chorwacji, Irlandii i, po wielu miesiącach, również z Wielkiej Brytanii. Mogłyśmy więc przebierać w propozycjach jak w ulęgałkach, ale wyboru dokonałyśmy już dawno. Wysłałyśmy wszystkie dokumenty i pozostało nam tylko czekać. "Tylko..."?

CZEKAŁYŚMY dobrych kilka tygodni, a ostateczna odpowiedź nie nadchodziła i nasze e-maile pozostawały bez echa. Dopiero później dowiedziałyśmy się, że w Gilwell zainstalowany jest trochę archaiczny Windows 3.11, a organizacja pracy zasługuje tam na miano "bardzo spontanicznej". Po długim okresie niepewności dotarł wreszcie list zapraszający nas do kręgu International Staff of Gilwell Park.

TAK więc 1 lipca 2001 r. wszystkie trzy, Agnieszka, Renata i Sylwia, znalazłyśmy się na dworcu w samym sercu Londynu, około 15 kilometrów od Gilwell.

J następnego dnia rozpoczęła się nasza, od tej pory codzienna, praca. Dla kogoś postronnego mogłoby się wydawać, że dni upływały w monotonnym rytmie. Nic bardziej mylącego! W każdej chwili uczyłyśmy się czegoś nowego - sposobu prowadzenia zajęć, skautowego stylu życia, języka, zwyczajów (dotąd nie potrafię zrozumieć, dlaczego Anglicy potrzebują dwóch kranów przy jednym zlewie, z gorącą i zimną wodą, tracąc możliwość skorzystania po prostu z ciepłej).

MIMO że wszyscy mieszkaliśmy w jednym budynku ("The Den"), nie mieliśmy wspólnej pobudki. Mogliśmy wstawać o dowolnej porze, pod jednym tylko warunkiem -  o dziewiątej rano musieliśmy zjawić się w recepcji gotowi i pełni entuzjazmu do pracy. Dlatego też wkrótce kawa stała się jednym z najbardziej pożądanych przez nas artykułów.

KAŻDY dzień rozpoczynałyśmy od czyszczenia toalet. Dzieliliśmy się na trzy grupy i przez pół godziny stawialiśmy czoła temu szlachetnemu zajęciu. Cóż, teraz mogę powiedzieć, że hasło "Pokaż mi swoją toaletę, a powiem ci, kim jesteś" nie jest pozbawione logiki. Po odkryciu kolejnej tajemnicy przybytku "gdzie król chodzi piechotą", o dziesiątej rozpoczynaliśmy zajęcia programowe. Ich rodzaj i ilość zależała od tego, ile grup gościliśmy w danym czasie. Każda drużyna mogła wynająć dowolną liczbę interesujących ją zajęć, mając do wyboru łucznictwo, strzelanie, kajaki, budowanie tratwy, pionierkę, orientację w terenie, basen, sanki na trawie, gokarty czy Ogromną Piłkę. Do naszych obowiązków należało wydanie sprzętu oraz pokazanie, jak się nim posługiwać. Tak jak się spodziewaliśmy, odbyliśmy krótkie kursy przygotowujące, ale... trzy tygodnie po przyjeździe. Tak więc po upływie ponad dwudziestu dni dowiedziałyśmy się dokładnie, co należy do naszych obowiązków. W naszych harcerskich realiach wydawałoby się to ogromną nieodpowiedzialnością ze strony komendanta czy kwatermistrza, natomiast w Gilwell wychodzi się z założenia, że pracują tam dorośli ludzie, którzy potrafią samodzielnie myśleć i podejmować decyzje. I, muszę przyznać, ten system rzeczywiście zdawał egzamin.

ZDARZAŁY się okresy, zwłaszcza w sierpniu, gdy niewiele osób obozowało na terenie stanicy. Wtedy to zajmowałyśmy się głównie porządkowaniem wszystkiego, co było możliwe, od malowania głównego placu począwszy, poprzez napełnianie automatów ze słodyczami, remanent w sklepikach, na gruntownym myciu toalet (łącznie ze ścianami i sufitem) skończywszy. Ogólnie rzecz biorąc, nasi szefowie dbali o to, by nikomu z nas nigdy się nie nudziło.

KAŻDY odwiedzający Gilwell powinien zobaczyć poszczególne pamiątki podarowane przez skautów z całego świata. Pomnik gen. Baden-Powella, synagoga i buddyjska świątynia są punktami obowiązkowymi w wycieczce po stanicy. Jednak miejscem, w którym musieliśmy spędzać najwięcej czasu, był The Bomb Hole (ang. dziura po bombie). Prezent ten "ufundowali" Niemcy zrzucając bombę w czasie II wojny światowej. W późniejszych latach dziurę pogłębiono i napełniono wodą. W ten sposób powstał bagnisty staw, gdzie odbywają się zajęcia związane z kajakarstwem i budowaniem tratw. The Bomb Hole spełnia jeszcze jedną bardzo ważną rolę dla kadry - ostatniego dnia pobytu każdy z nas musi się w nim zanurzyć (rzadko zresztą z własnej woli).

OPRÓCZ żywej niechęci do The Bomb Hole całą międzynarodową kadrę łączyła jeszcze jedna rzecz - pomarańczowe koszulki. W czasie, gdy stali pracownicy nosili piękne, zielone koszulki polo, my zostaliśmy obdarowani Orange Madness. Dzięki nim rzeczywiście trudno było nas nie zauważyć, co nie zawsze napawało nas entuzjazmem. Jednak po kilku dniach przyzwyczailiśmy się do nich, a po przejściu w nich po londyńskim Covent Garden (plac znany z teatrów ulicznych i tłumu ludzi), nie wyobrażaliśmy sobie bez nich życia.

WSPÓLNE doznania bardzo umocniły więź między całym International Staff. Mieszkając pod jednym dachem, przeżyłyśmy razem niejedną przygodę, przy czym włączenie alarmu przeciwpożarowego o północy wcale nie należało do wyjątków. Oprócz wybryków w naszym domu integrowałyśmy się także przez odkrywanie atrakcji Londynu, dlatego też psie wyścigi, kręgle czy łyżwy nie mają już dla nas tajemnic. Teraz więc możemy powiedzieć, że mamy prawdziwych przyjaciół w Anglii, Szkocji, Hiszpanii, Brazylii, Francji, Holandii, Finlandii, Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i Chinach. Musimy przyznać, że w utrzymaniu stałych kontaktów wydatnie pomaga nam Internet. Dzięki niemu z naszą współlokatorką z Hiszpanii plotkujemy niemal codziennie.

CZEGO jeszcze można doświadczyć przez wyjazd w ramach European Scout Voluntary Programme? Oczywiście zwiedzania Londynu. Raz w tygodniu miałyśmy dzień wolny, którego wykorzystanie zależało tylko od naszej pomysłowości i energii. Poznałyśmy więc Buckingham Palace, Obserwatorium w Greenwich, Tower Bridge, Tower of London, Big Ben, Houses of Parliament i wiele innych. Jednak największe wrażenie zrobiły na nas wspaniałe muzea, z British Museum na czele. Cóż, nie co dzień można zobaczyć arcydzieła van Gohga, Moneta czy prawdziwą mumię Kleopatry. Jeśli ktoś woli jeszcze starsze eksponaty, to w Muzeum Historii Naturalnej ma możliwość zobaczyć szkielet dinozaura, modele praludzi oraz fragmenty meteorytów.

NASZĄ przygodę zakończyłyśmy po siedmiu tygodniach. Był to czas zarówno wytężonej pracy, jak i wspaniałej zabawy. Wyjeżdżając, żałowałyśmy tylko jednego - że byłyśmy tam tak krótko. Dlatego też pewnie niedługo wrócimy, może nawet szybciej niż można byłoby się tego spodziewać...

pwd. Renata Raczyńska,

Hufiec Płock



 Generuje GazEla